Przystanek Wenecja - Kat Cantrell.pdf

(696 KB) Pobierz
Kat Cantrell
Przystanek Wenecja
Tłumaczenie:
Julita Mirska
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Matthew Wheeler postanowił wziąć udział w zabawie
karnawałowej nie ze względu na alkohol czy
towarzystwo, lecz po to, by uciec od samego siebie.
Poprawił maskę zakrywającą górną połowę twarzy.
Wszyscy byli przebrani – jedni w skromne czarne
peleryny, inni w fantazyjne stroje w stylu Marii
Antoniny.
– Chodź, przyjacielu. – Vincenzo Mantovani poklepał
go po ramieniu. – Ruszamy do Caffe Florian.
Vincenzo, jego sąsiad i karnawałowy przewodnik,
uwielbiał zabawę, beztroskę, a właśnie tego Matthew
potrzebował. Marzył, by choć na kilka godzin
zapomnieć o Amber, ale duch zmarłej żony towarzyszył
mu wszędzie.
Perorując po angielsku z silnym włoskim akcentem,
Vincenzo przeciskał się przez tłum na placu św. Marka.
W Caffe Florian panował jednak zbyt duży zgiełk, aby
można było konwersować. Matthew to odpowiadało.
Skinieniem głowy podziękował przyjacielowi za
filiżankę cappuccino.
W Wenecji Matthew mieszkał w
palazzo,
który kupił
dla Amber, lecz w trakcie jedenastu miesięcy
małżeństwa ani razu nie udało im się wyskoczyć do
Włoch. Był zbyt zajęty sprawami zawodowymi, a potem
było już za późno.
Popijając cappuccino, starał się nie myśleć o żonie.
Na pewno chciałaby, żeby był szczęśliwy i na nowo
ułożył sobie życie. Dlatego dał się wyciągnąć z domu:
dziś, postanowił, będzie wesoły, radosny, pozbawiony
trosk i obowiązków. Tyle że trudno nagle przestać być
Wheelerem.
Wraz z bratem, ojcem i dziadkiem prowadził Wheeler
Family Partners, wartą miliardy dolarów agencję
nieruchomości, która od ponad stu lat pośredniczyła
w handlu ziemią i budynkami na terenie północnego
Teksasu. Wierzył w siłę rodziny i siłę tradycji, dopóki
najpierw nie stracił żony, a potem dziadka.
Sparaliżowany bólem nie był w stanie pracować.
Wyjechał. Uciekł, by odnaleźć siebie i wrócić do
Dallas z nową chęcią do życia. Ale to nie było proste.
Nie pomogły plaże w Meksyku ani wyprawa na Machu
Picchu. Nazwy miejscowości zlewały mu się w pamięci.
Miesiąc temu przybył do Wenecji. Uznał, że tu
zostanie, dopóki nie pozbiera się psychicznie.
Tuż przed jedenastą wieczorem Vincenzo zaprosił
setkę najbliższych przyjaciół do siebie na maskaradę.
Mieszkał ze dwieście metrów dalej, ale uliczki były
wąskie, zatłoczone, zanim więc Matthew, który szedł na
końcu barwnego korowodu, dotarł na miejsce,
w
palazzo
Vincenza paliły się wszystkie światła.
W sąsiednim – jego własnym domu – było ciemno.
Ruszył do środka po kamiennych schodkach.
Zamaskowany służący wziął od niego pelerynę. Na
środku holu, w poprzek przejścia, stał piękny antyczny
stół z dużą szklaną misą pełną telefonów komórkowych.
– To przyjęcie telefonowe – oznajmił chropawy głos.
Matthew odwrócił się. Głos należał do kobiety
o twarzy schowanej za maską. Kobieta, ubrana w biało-
niebieską haftowaną sukienkę z kilometrów tiulu, miała
przyczepione do pleców srebrzyste skrzydła.
– Moje zdziwienie aż tak rzucało się w oczy?
Kobieta motyl uśmiechnęła się.
– Jesteś Amerykaninem.
– I dlatego nie wiem, co oznacza przyjęcie
telefonowe?
– Nie. – Zmierzyła go wzrokiem. – Dlatego że
wyglądasz na dojrzalszego od większości gości.
Czyli kobieta ich zna. W przeciwieństwie do niego,
który znał jedynie gospodarza.
Przyjrzał się jej z zaciekawieniem. Spod maski
wystawały pełne usta pociągnięte różową szminką.
Pukle kasztanowych włosów opadały na nagie ramiona.
Wyglądała zjawiskowo, ale najbardziej intrygował go
jej głos: niski, z seksowną chrypką.
Zastanowił się. Szukał czegoś, co by odwróciło jego
uwagę od Amber. Może właśnie znalazł?
– Czemu służą te telefony?
Zgłoś jeśli naruszono regulamin