Roberts Alison Wazniejsze niz adrenalina M567.pdf

(728 KB) Pobierz
Alison Roberts
Ważniejsze niż
adrenalina
Tytuł oryginału: Always the Hero
ROZDZIAŁ PIERWSZY
– Abby, co tam widzisz ciekawego?
– Nic. – Abigail Miller odwróciła wzrok od okna i z przepraszającym
uśmiechem spojrzała na kobietę, która zadała to pytanie.
Nie do końca odpowiadało to prawdzie. Za oknem gabinetu w ośrodku zdrowia
na wyspie Kaimotu było mnóstwo interesujących widoków. Nowoczesny ośrodek,
w którym znajdowały się gabinety zabiegowe oraz poradnia, przylegał do szpitala
mieszczącego się w starym budynku wzniesionym z drewna wiele lat wcześniej.
Ze wzgórza, na którym stał ten kompleks, rozciągała się przepiękna panorama
miasteczka z niewielkim portem, kipiącymi zielenią zboczami wygasłego wulkanu
oraz bezkresem oceanu.
Tego pięknego jesiennego dnia Abby mogła podziwiać za oknem choćby lazur
nieba, szmaragd oceanu i złocistą plażę graniczącą z aleją drzew
pohutukawa.
Widziała nawet ich czerwone kwiaty, które tego roku trzymały się wyjątkowo
długo. Albo ludzi na głównej ulicy. Spacerowali, robili zakupy, rozmawiali, nie
spiesząc się, czasami nawet przystając, by powąchać róże.
Naprawdę piękny widok, ale Abby oglądała go dzień w dzień od ponad pięciu
lat. Nic nie usprawiedliwia podziwiania widoków w godzinach pracy. Zwłaszcza
teraz, kiedy poczekalnia pęka w szwach, a jedyny lekarz na wyspie, doktor Ben
McMahon, wyjechał do pacjenta.
Od dłuższego czasu namawiała młode matki, by stawiły się z dziećmi w poradni,
ponieważ bardzo jej zależało, żeby każde niemowlę i każdy przedszkolak został w
porę zaszczepiony. Wzięła sobie za punkt honoru, by akcja przebiegła sprawnie.
Nie chciała, żeby Ben po powrocie zastał w poradni chaos.
Ruth przyszła z sześciotygodniową Daisy oraz Blakiem, bardzo ruchliwym
dwulatkiem, który teraz usiłował wdrapać się na leżankę.
– Chcesz tu usiąść? – zapytała Abby, biorąc malca na ręce i sadzając. – Nie
ruszaj się, dobrze? Bo jak spadniesz, to oboje będziemy mieli kłopoty.
Blake już dawno powinien zostać zaszczepiony przeciwko takim groźnym dla
dzieci chorobom jak odra, świnka i ospa wietrzna, a małą Daisy czekało
szczepienie przeciwko polio w postaci kropli i zastrzyku. W tej chwili Blake
szeroko się uśmiechał, ale, niestety, za chwilę będzie płakał. Sprawianie dzieciom
bólu nie jest przyjemne, nawet jeśli się to robi dla ich dobra. Na szczęście takie
maluchy można pocieszyć kolorową naklejką z napisem „Jestem dzielny!” i
żelkowym bezcukrowym robalem.
Być może to niechęć do zadawania bólu sprawiła, że widok za oknem wydał jej
się aż tak ciekawy.
Ale czy tylko o to chodzi? Jako doświadczona pielęgniarka umiała oddzielić
emocje od spraw zawodowych. Skąd więc ten niepokój? Jeszcze raz ze
ściągniętymi brwiami zerknęła za okno, po czym ruszyła do lodówki po
szczepionki.
Teraz do okna podeszła Ruth z małą Daisy na rękach. Ona też ściągnęła brwi.
– Masz rację – powiedziała. – Coś jest nie tak.
– Też to czujesz? – Abby ogrzewała w dłoniach fiolki, by zastrzyki były mniej
bolesne. – Coś wisi w powietrzu, prawda?
– Nie widać nic szczególnego.
– Właśnie. Podobne uczucie, jak się człowiek wybiera na urlop i w samolocie
nagle zaczyna się niepokoić, czy wyłączył żelazko albo czy pozakręcał krany.
– Żelazko to nie moje zmartwienie! – Ruth się roześmiała. – W moim domu się
nie prasuje.
Śmiech nieco rozładował napięcie.
– Moja mama stale powtarzała, że za bardzo się martwię – wyznała Abby. – Że
jestem szczęśliwa tylko wtedy, kiedy mam się czym martwić, a jak nie mam
powodu do zmartwienia, to zawsze coś wymyślę.
Tym razem odpowiadało to prawdzie. Tak, niezaprzeczalnie jest specjalistką od
wynajdowania powodów, by mieć złe przeczucia. Ćwiczy umysł w tej grze od
trzeciego roku życia. Wyobrazić sobie jakąś katastrofę, a potem robić wszystko,
żeby do niej nie doszło.
Czy nie dlatego zamieszkała na Kaimotu?
Dlaczego nawet nie spróbowała zatrzymać mężczyzny, o którym wiedziała, że
jest miłością jej życia?
– Może to przez te wstrząsy sprzed kilku tygodni? – zastanawiała się Ruth. –
Zaniepokoiły wszystkich, a oliwy do ognia dolewały przepowiednie Squida, że
nadchodzi koniec świata. Wielu się to nie podoba, bo wypłoszył z wyspy ostatnich
wczasowiczów.
– A skończyło się na lekkim drżeniu kilka dni temu – powiedziała ze śmiechem
Abby. – Niektórzy nawet go nie zauważyli Podobno nieźle się Squidowi dostało za
taką przepowiednię.
– Ale się odgrażał, że jeszcze tego pożałują.
Abby pokręciła głową. Nawet ten silniejszy z dwóch wstrząsów był ledwie
odczuwalny. Zdecydowanie zbyt słaby, by się przejmować opowieściami Squida
Daviesa, najstarszego rybaka na wyspie, o trzęsieniu ziemi o niespotykanej sile,
które przeżył jego dziadek. Tym razem ziemia ledwie zadrżała. Zna to każdy, kto
się wychował w Nowej Zelandii.
– Jack opowiadał, że następnego dnia w szkole było bardzo fajnie, bo ćwiczyli
procedury na wypadek wstrząsów – powiedziała Abby. – Myślę, że kiedy polecono
dzieciakom chować się pod ławkami, wszystkie potraktowały to jak zabawę.
Otworzyła pierwszą ampułkę.
– Aha... – Ruth kiwała głową. – To o to chodzi...
– O co?
– To dlatego jesteś niespokojna...
Abby znieruchomiała ze strzykawką w ręce, czekając, aż Ruth rozwinie wątek.
– Jack poszedł do zerówki, a to twój jedynak. Ćwiczyłam to. Nie przestawałam
się zastanawiać, czy ktoś inny potrafi zaopiekować się moim dzieckiem jak ja.
– Pracuję, odkąd Jack skończył trzy lata. Większą część życia spędził w
przedszkolu.
– Tak, ale dziś pojechał na pierwszą szkolną wycieczkę. Moje dzieci też
pojechały. Rano piechotą do wraku statku, potem piknik, a na koniec autobusem
szkolnym do starej kopalni miedzi, tak?
– Uhm. – Abby przygryzła wargę. – Miałam ochotę z nimi pojechać, ale dużo
wcześniej przygotowałam tę akcję szczepień i nie mogłam jej przełożyć.
Tak, Ruth ma rację. To niepokój o synka sprawia, że jest taka podminowana.
Westchnęła po części z ulgą, po części z rozdrażnieniem. Wystarczy.
Z korytarza dobiegał płacz dziecka. Oby czekającym wystarczyło cierpliwości.
Nieźle się natrudziła, przekonując rodziców w szkołach i przedszkolach, więc
byłoby przykro, gdyby teraz się rozmyślili. Hannah, młodsza siostra Bena,
zobowiązała się pilnować tych dzieci i organizować im zajęcia, ale
siedemnastoletnia dziewczyna niewiele może zrobić dla tak licznej gromadki.
Akcja Abby była skierowana właśnie do takich osób jak Ruth. Oddalona od
stałego lądu wyspa Kaimotu przyciągała amatorów alternatywnego stylu życia.
Ruth wraz z mężem Damienem i sześciorgiem dzieci mieszkali w zaadaptowanym
wagonie kolejowym na skraju buszu. Byli samowystarczalni, dorabiając wyrobami
ceramicznymi, które w okresie wakacji sprzedawali turystom.
Dali się poznać jako zaciekli wrogowie szczepień, ale rok wcześniej najedli się
strachu, kiedy jedno z ich starszych dzieci musiało być w trybie nagłym
ewakuowane do szpitala w Auckland z powodu powikłań po przejściu odry.
Całe szczęście, że Kaimotu dzieli od stałego lądu stosunkowo niewielka
odległość i ewakuacja jest możliwa. Kiedy Abby sprowadziła się na wyspę, była w
pierwszym trymestrze ciąży. Że obawiała się przeróżnych komplikacji – to mało
powiedziane. Wiedza medyczna w połączeniu z wybujałą wyobraźnią jest idealną
pożywką dla obsesji.
Na duchu podniosły ją umiejętności doktora McMahona i wyposażenie szpitala
przygotowanego na nagłe wypadki czy stabilizację pacjenta do ewakuacji.
Odległość dzielącą od Auckland można pokonać małym samolotem lub
śmigłowcem. Poza tym na wyspie nie brakowało prywatnych samolotów, gdyby
śmigłowiec ratowniczy był używany gdzie indziej.
Z powodu urzekającej scenerii oraz ekskluzywnej bazy noclegowej Kaimotu
stało się ulubionym miejscem nowożeńców.
Jak należało się spodziewać, ukłucie sprawiło, że mała Daisy rozpłakała się
wniebogłosy. Na widok drżącej bródki Blake'a Abby westchnęła. Dlaczego nie
Zgłoś jeśli naruszono regulamin