Tess Gerritsen - Z zimną krwią.pdf

(665 KB) Pobierz
Tess Gerritsen
Z zimną​ krwią
Przełożyła
Monika Krasucka
Drodzy Czytelnicy,
Przed wielu laty, kiedy byłam lekarką na stażu, jedna z pacjentek wręczyła mi papierową
torbę i powiedziała: „Ja już wszystko przeczytałam, może pani też się spodobają”. W środku
znalazłam kilkanaście romansów. Nigdy nie czytałam i nie zamierzałam czytać tego typu
literatury, byłam wielbicielką science fiction. Dyżurowałam w szpitalu po 80 godzin
tygodniowo, nie starczało mi czasu na sen ani na porządne jedzenie, a jednak sięgnęłam po
jedną z tych książek. Po kilku stronach dosłownie przepadłam, już nie mogłam oderwać się od
lektury.
Od tamtej pory przepadam za romantycznymi opowieściami o miłości.
Nic zatem dziwnego, że w moich pierwszych ośmiu książkach z wątkiem sensacyjno-
kryminalnym jest też wątek miłosny. Bohaterowie obawiają się nie tylko o życie, ale drżą
również o swoje zakochane serca. Oprócz opowieści o miłości znajdziecie tu kryminalną
intrygę, trochę sensacji i wiele nieoczekiwanych zwrotów akcji, które stały się później, kiedy
skoncentrowałam się na pisaniu powieści sensacyjnych, moim znakiem firmowym.
Cieszę się, że wydawnictwo MIRA postanowiło wznowić moje powieści kryminalne
z wątkiem romansowym. Mam nadzieję, że ich lektura dostarczy Wam wielu wrażeń!
ROZDZIAŁ​ PIERWSZY
Ślub się nie odbył. Odwołany. Zero. Kaput.
Nina Cormier siedziała w zakrystii i gapiła się w lustro. Dlaczego nie może płakać?
Straszny ból czaił się gdzieś głęboko, ale jeszcze go nie czuła. Wlepiała tylko suche oczy
w swoje odbicie. Panna młoda jak z obrazka. Welon cienki jak pajęczyna przesłania twarz.
Ramiączko gorsetu atłasowej sukni wyszywanej perełkami opada ponętnie z jej ramienia.
Długie czarne włosy zwinięte w miękki węzeł. Każdy, kto widział ją tego ranka – jej matka,
siostra, macocha Daniella – twierdził, że jest piękną panną młodą.
Tyle że pan młody nie zadał sobie trudu, by się pojawić. Nie miał nawet dość odwagi, by ją
zawiadomić osobiście. Po pół roku planów i marzeń przysłał bilecik zaledwie dwadzieścia
minut przed ceremonią. Przez swojego świadka.
„Nina, potrzebuję czasu, aby to przemyśleć. Przepraszam. Wyjeżdżam na kilka dni.
Zadzwonię. Robert”.
Zmusiła się, by przeczytać wiadomość jeszcze raz. „Potrzebuję czasu... Potrzebuję czasu...”
Ile czasu może potrzebować mężczyzna?
Rok wcześniej wprowadziła się do doktora Roberta Bledsoe. Tylko tak możemy się
przekonać, czy do siebie pasujemy, powiedział jej. Małżeństwo to poważne zobowiązanie,
więc nie chciał popełnić błędu. Liczący sobie czterdzieści jeden lat Robert miał już za sobą
kilka katastrofalnych związków. Nie chciał kolejny raz się pomylić. Chciał mieć pewność, że
Nina jest kobietą, na którą czekał przez całe swoje życie.
Ona była pewna, że Robert to właśnie ten. Tak pewna, że gdy zaproponował, by zamieszkali
razem, tego samego dnia poszła prosto do domu, żeby się spakować...
– Nina? Nina, otwórz! – Za klamkę szarpała jej siostra Wendy. – Proszę, wpuść mnie.
Nina schowała twarz w dłoniach.
– Nie chcę teraz nikogo widzieć.
– Nie​ powinnaś być sama.
– Chcę​ być sama.
– Goście już pojechali. Jestem sama.
– Nie chcę z nikim rozmawiać. Jedź do domu, dobrze?
Za drzwiami zapadła cisza. Po chwili Wendy zapytała:
– Jeżeli pojadę, to kto cię zawiezie do domu?
– Zamówię taksówkę. Albo ojciec Sullivan mnie podwiezie. Potrzebuję czasu, żeby
pomyśleć.
– Na pewno nie chcesz porozmawiać?
– Na pewno. Zadzwonię do ciebie później, dobrze?
– Rób, co chcesz.
Wendy zawahała się, a potem z pewną dozą zjadliwości, która przebiła się nawet przez
dębowe drzwi, dodała:
– Robert to gnojek. Zawsze tak myślałam.
Nina siedziała przy toaletce, podpierając głowę rękami. Chciało się jej płakać, ale nie
mogła wycisnąć z siebie ani jednej łzy. Kroki Wendy zaczęły się oddalać, a potem w pustym
kościele zapadła cisza. Ale łzy nie płynęły. Nie mogła teraz myśleć o Robercie. Zamiast tego
jej umysł zdawał się skupiać na praktycznej stronie odwołanego ślubu. Wesele i całe to
zmarnowane jedzenie. Prezenty, które musi zwrócić. Bilety na wyspę Świętego Jana. Może
powinna sama polecieć na miesiąc miodowy i zapomnieć o doktorze Bledsoe. Pojedzie,
weźmie tylko bikini. Przynajmniej zamiast złamanego serca będzie miała opaleniznę.
Powoli podniosła głowę i spojrzała w lustro. Nie taka znowu piękna ta panna młoda,
pomyślała. Szminka się jej rozmazała, włosy rozczochrały. Ruina.
W nagłym przypływie gniewu zerwała z głowy welon. Spinki poleciały na wszystkie strony
i uwolniły kaskadę czarnych włosów. Do diabła z welonem, pomyślała i wrzuciła go do kosza.
Bukiet z białych lilii i różyczek też tam wylądował. Poczuła się lepiej. Furia pobudziła ją do
działania. Zerwała się na nogi.
Ruszyła z kościelnej ubieralni do nawy. Za nią wlókł się tren. Puste już ławy ozdobione
były girlandami białych goździków, a ołtarz bukietami róż i gipsówki. To była scena pięknie
udekorowana na ślub, który nigdy się nie odbędzie. Ale Nina minęła ołtarz i szła w kierunku
głównych drzwi, nie zwracając uwagi na owoce ciężkiej pracy dekoratorów, które
przypominały o niepowodzeniu. Skoncentrowała się na ucieczce. Nawet zatroskany głos ojca
Sullivana nie zdołał jej zatrzymać.
Pchnęła drzwi i zatrzymała się na schodach. Uderzył ją blask lipcowego słońca i nagle
boleśnie zdała sobie sprawę, jak bardzo musi się rzucać w oczy. Samotna kobieta, w sukni
ślubnej, próbująca złapać taksówkę. Dopiero wtedy, w pułapce jaskrawego światła, poczuła
pierwsze łzy.
O nie, Boże, nie. Załamie się i rozpłacze tu, na schodach. Na publicznym widoku,
w obecności tych wszystkich cholernych przechodniów.
– Nina?​ Nina, kochanie.
Odwróciła się. O stopień wyżej stał ojciec Sullivan.
– Czy mogę coś dla ciebie zrobić? – zapytał. – Może chcesz wejść i porozmawiać?
Przygnębiona​ potrząsnęła głową.
– Chcę się stąd wydostać. Proszę, tylko tyle.
– Tak, tak, oczywiście. – Delikatnie wziął ją pod rękę. – Zawiozę cię do domu.
Pomógł jej zejść ze schodów i zaprowadził na kościelny parking. Zebrała zabrudzony już
tren i wsiadła do samochodu. Góra atłasu spiętrzyła się jej na kolanach.
Ojciec Sullivan wśliznął się za kierownicę. W samochodzie było gorąco, ale nie uruchomił
silnika. Przez moment siedzieli w krępującej ciszy.
– Wiem, że trudno ci pojąć, jaki zamysł mógł mieć w tym wszystkim Wszechmogący –
zaczął cicho. – Ale musi być jakiś powód, Nino. W tej chwili może nie być dla ciebie
oczywisty. Może ci się wydawać, że Pan odwrócił się od ciebie.
– To Robert się ode mnie odwrócił – powiedziała. Pociągnęła nosem i wytarła twarz
czystym rogiem trenu. – Odwrócił się i prysnął.
– Mężczyźni u progu małżeństwa często mają mieszane uczucia. Jestem przekonany, że dla
doktora Bledsoe była to poważna decyzja...
– Poważna decyzja? A dla mnie nie?
– Nie, nie, źle mnie zrozumiałaś.
– Ach, proszę mnie zawieźć do domu.
Zgłoś jeśli naruszono regulamin