Untitled.FR10.doc

(3109 KB) Pobierz

Aby rozpocząć lekturę kliknij na taki przycisk

który da ci pełny dostęp do spisu treści książki.

Jeśli chcesz połączyć się z Portem Wydawniczym

literatura.net.pl

kliknij na logo poniżej.

^jiflu IB o r < w ril a w n I c z y

@literaturaf

KLIKNIJ TUTAJ

Hanna Samson

Pułapka na motyla

2

Tower Press 2000

Copyright by Tower Press, Gdańsk 2000

3

CZĘŚĆ PIERWSZA

Czesław ostrożnie uchylił drzwi od swojego pokoju, w każdej chwili gotów się wycofać. Nie było to konieczne - szum wody, dochodzący z kuchni, pozwalał przemknąć się niezauważenie. Był już w połowie drogi, kiedy w kuchni zapadła cisza. Przywarł do ściany przedpokoju, wstrzymując oddech. Nie na wiele się to zdało. Siódmy zmysł podpowiedział Helenie, że czai się w pobliżu, nie osłonięty tarczą zamkniętych drzwi gabinetu. Drzwi nie stanowiły dla Heleny poważnej przeszko­dy, ale otwierała je niechętnie, wiedząc, że będzie musiała zmierzyć się z grymasem niezadowole­nia, ledwo widocznym, jednak przebiegającym po twarzy Czesława za każdym razem, gdy odry­wała go od pracy, by zaprząc do domowego życia.

-              Pozwól, że chociaż skończę ten akapit - mówił zdecydowanie, aczkolwiek gotów poderwać się natychmiast, gdyby rodzinne obowiązki tego wymagały. I choć Helena uważała je zwykle za sprawy nie cierpiące zwłoki, owym akapitem budził jej mimowolny szacunek, więc pozwalała mu go dokończyć. Przyłapany w pół drogi do kibla, Czesław nie mógł zasłonić się pracą, sam się od niej oderwał, a potrzeby fizjologiczne nie mogły usprawiedliwić go na długo.

-              Czesław! - zawołała Helena, niezupełnie pewna, czy słyszała cokolwiek poza szumem wody.

-              Tak? - Czesław spróbował nadać swojemu głosowi obojętno-uprzejme brzmienie. Helena uśmiechnęła się do siebie z satysfakcją - jak zwykle okazała się niepokonana. Jej słuch pracował bez zarzutu, żadne szmery rodzinnego domu nie mogły się przed nią ukryć. Jakby Pan Bóg ją sobie upodobał i hojnie obdarzył, aby tu, na ziemi, mogła stać na straży jego praw i egzekwować ich wy­pełnianie przynajmniej w swojej rodzinie. Korzystając z chwili ciszy, potrzebnej Helenie do uczczenia kolejnego dowodu łaski, Czesław pozornie spokojnym krokiem zdołał dopaść drzwi ubi­kacji i schował się za nimi, nim zawołała:

-              Chodź tutaj!

Jeszcze tylko zamknąć zasuwkę, którą zamontował tu i w łazience, argumentując to faktem doj­rzewania i wielkiej wstydliwości Joanny. Ten argument nie był przekonujący dla Heleny, bo „prze­cież w rodzinie nie jest to potrzebne, do tej pory jakoś się bez tego obywaliśmy", ale założone w akcie odwagi zasuwki już były i ułatwiały życie i jego, i Joanny. Helena ostentacyjnie z nich nie korzystała, ale też i nie musiała, gdyż nikt z domowników nie otworzyłby drzwi, które zamknęła za sobą na klamkę. Teraz więc Czesław, bezpieczny w swoim azylu, mógł śmiało odkrzyknąć:

-              Nie mogę! Jestem w ubikacji! - i spokojnie przystąpić do ulubionego obrządku.

W ubikacji urządził wszystko jak należy. Każda rzecz miała swoje miejsce. Dzisiejsza gazeta, którą przynosił tu natychmiast po powrocie z pracy, leżała w stojącym po lewej stronie muszli ko­szyku, po prawej natomiast znajdował się wieszak na papier toaletowy, przemyślnie połączony z popielniczką, całość w kolorze starego złota. Helena kręciła nosem, kiedy przyniósł do domu ten wynalazek, jednak nie oponowała, gdy przytwierdzał go do ściany. Pozwalała mu na drobne dzi­wactwa, była zbyt mądra, aby kruszyć kopie o nieszkodliwe, acz irytujące drobiazgi - lepiej przy­mknąć na nie oko i wykorzystać ten fakt w poważniejszych sytuacjach, wymagających podjęcia batalii.

-              Wiesz przecież, że pozwalam ci na wiele, Czesławie - z całym przekonaniem mogła mówić w takich chwilach. - Nie protestowałam nawet wtedy, gdy z toalety, przez normalnych ludzi używa­nej do szybkiego załatwiania potrzeb fizjologicznych, uczyniłeś miejsce rozrywki, w którym od­dajesz się swojemu nałogowi, zatruwając mnie i dziecko, bo przecież my też musimy korzystać z tego przybytku. Ale na to (tu umieszczała aktualny przedmiot dyskusji), mimo mojej bezbrzeżnej tolerancji, pozwolić nie mogę! - Czesław nie mógł zaprzeczyć, że pozwalała mu palić w ubikacji, więc zbrojna w ten argument nie musiała mu już pozwalać na inne brewerie.

Czesław wyjął z kieszeni papierosy i zapałki, zsunął spodnie i usiadł. Zapalił papierosa, rozłożył na kolanach gazetę.

4

-              Przyjdź tu, jak wyjdziesz - usłyszał jeszcze i, czując się teraz panem sytuacji, oddał się lektu­rze. Nie da sobie odebrać tych kilku minut przyjemności, a potem spróbuje wykręcić się pracą. Jeśli rzeczywiście jest coś do zrobienia, podeśle Helenie Joannę, w końcu dziewczyna jest już duża. Po­winna bardziej angażować się w domowe zajęcia i stanowić wyrękę dla Heleny, co odciążyłoby i jeg°.

Gdy po piętnastu minutach przyszedł do kuchni, Helena siedziała przy stole. Wszystko już było pozmywane, więc chyba nie oczekiwała pomocy. Odetchnął z ulgą i usiadł.

-              Czy widziałeś, aby Joanna coś dzisiaj jadła? - zapytała Helena.

-              Chyba nie - odpowiedział Czesław, próbując odgadnąć, co stoi za tym pytaniem.

-              A wczoraj? - Czesław zastanowił się nad dniem wczorajszym, ale nie pamiętał nawet, by w ogóle widział córkę, jeśli tak, nie zwrócił na to uwagi. Drobna, pozbawiona znaków szczególnych Joanna nie rzucała się w oczy, więc zdarzało mu się zapominać o jej istnieniu. Spokojne dziecko, nie absorbuje nas swoimi sprawami - pomyślał, choć jednocześnie poczuł lekką złość na nią, że przez tę swoją zdolność wtapiania się w tło utrudnia mu znalezienie odpowiedzi na zagadkowe pytania Heleny.

-              Chyba też nie - odpowiedział, nie do końca przekonany, ale im dłużej o tym myślał, tym bar­dziej był pewien, że nie natknął się na Joannę już od paru dni, a tym bardziej na Joannę jedzącą. Ostatni raz widział ją chyba w zeszłą niedzielę, w kuchni, siedziała na stołku, obierając ziemniaki, podczas gdy on obierał włoszczyznę. Nie mógł odmówić Helenie sprawiedliwości. Przydzielała im zadania równomiernie, aby żadne z nich nie czuło się pokrzywdzone.

-              No właśnie. Z kuchni nie znika nic oprócz tego, co my jemy, żaden talerzyk nie zmienia miej­sca pod naszą nieobecność. Mówię ci - ona nie je! - w głosie Heleny słychać było satysfakcję. Znów dała światu dowód, że nic się przed nią nie ukryje.

Joanna siedziała w swoim pokoju wpatrzona w ścianę. Dla niepoznaki rozłożyła na biurku książki i zeszyty. W razie wtargnięcia Heleny będzie mogła powiedzieć, że odrabia lekcje. Jednak lekcje nie były jej w głowie. Prawdę mówiąc, nic jej nie było w głowie. Siedziała i patrzyła w ścia­nę, nie odczuwając potrzeby ruchu, kontaktu ze światem ani nawet myślenia. Po prostu trwała. Był to stan przejściowy między życiem a śmiercią. Inny stan skupienia, coś jak zamarznięcie wody w sopel lodu, który kiedyś może stać się parą. Joanna uczyła się o tym na lekcjach fizyki i wierzyła, że z człowiekiem może być tak samo. Z bezruchu może obudzić się do życia, jeśli przenieść go w inne warunki. Rozpatrzyła już w myślach wszystkie sposoby zmiany warunków, w których żyła, ale żadnego nie umiała zrealizować. Zaprzestała więc jałowego poszukiwania nowych sposobów i po prostu trwała. Ten stan skupienia nie wymagał wydatkowania energii, nie wymagał rozmowy, poruszania się, czucia czy myślenia. Nic więc dziwnego, że Joanna przestała odczuwać głód. Po­dejrzenia Heleny były w pełni uzasadnione.

-              Joanno! - zawołała Helena. - Joanno! - teraz głos matki przebił się przez kokon, którym Jo­anna była szczelnie owinięta, i natychmiast przywołał ją do życia. Serce zaczęło bić gwałtownie, mimowolnie nabrała powietrza i wynurzyła się na powierzchnię. W głowie znowu pojawiły się myśli.

-              Joanno! - myśli rozpierzchły się na wszystkie strony. Nie było czasu, żeby je pozbierać. Głos matki jasno mówił, że to nie żarty. Joanna zerwała się z krzesła, potknęła o leżącą na podłodze teczkę, uderzyła boleśnie łokciem w szafę i pobiegła do kuchni. Obydwoje rodzice siedzieli przy stole i patrzyli na nią w milczeniu. Pod ciężarem ich spojrzeń Joanna zamknęła oczy i próbowała pozbierać rozbiegane myśli. O co chodzi? - starała się odgadnąć. Sprawiała wrażenie niezbyt roz­garniętej, ale nie była też zupełnie głupia. Stałość środowiska rodzinnego pozwalała jej przewidy­wać sekwencje zdarzeń i rozumieć ich znaczenie. W końcu nawet pantofelek rozeznaje się jakoś w swoim otoczeniu, więc i Joannie wystarczył jeden rzut oka na twarze rodziców, aby wiedziała, że

5

czas na proces. Jak zwykle przypadła jej rola oskarżonej, więc automatycznie poczuła się winna, co znalazło wyraz w nagłym poczerwienieniu całej twarzy i lekkim drżeniu rąk.

-              Widzisz? - w głosie Heleny brzmiała delikatna nutka triumfu.

-              Widzę - odpowiedział Czesław, którego nie po raz pierwszy zadziwiła przenikliwość żony. Przed nią nic się nie ukryje - pomyślał. - Bezbłędnie rozszyfrowała tę małą. Od razu wiadomo, że jest winna.

Joanna też dobrze to wiedziała, nie wiedziała tylko, o co jest oskarżona. Próbowała przypo­mnieć sobie wszystkie grzechy z ostatnich dni, których dopuściła się myślą, słowem, uczynkiem lub zaniedbaniem, nic jednak nie przychodziło jej do głowy. Spędzając czas w formie przetrwalni- kowej nie mogła nagrzeszyć zbyt wiele, ale mogła o czymś zapomnieć. Tylko o czym? Śmieci wy­niosła, łóżko pościeliła, lekcje odrobiła. Nie pozostawało nic innego, jak tylko czekać na akt oskar­żenia.

-              Nie jesz! - w głosie Heleny słychać było triumfalną pewność, która nie wymagała potwier­dzenia, więc nie czekając na reakcję Joanny, ciągnęła dalej:

-              Zaharowujemy się dla ciebie, tracimy siły i zdrowie, a ty chcesz chyba zamorzyć się na śmierć. Spójrz tylko, jak wyglądasz. Przynosisz nam wstyd. Skoro gardzisz domowym jedzeniem, od jutra będziesz jadła w barze.

Proces przebiegł wyjątkowo szybko. Podsądna chciała równie szybko się oddalić, jednak za­trzymało ją słowo matki:

-              Przeproś.

Joanna podeszła do Heleny i ucałowała jej rękę. Podeszła do Czesława i zrobiła to samo. Wy­szła z kuchni i zamknęła się w swoim pokoju. Siedząc przy biurku, próbowała wrócić do formy przetrwalnikowej, ale nie mogła. Wytrącona z prostego trwania, znów była skazana na myślenie i czucie.

Bar znajdował się na dole tej samej starej kamienicy. Niedawno otwarty, od początku przyspa­rzał mieszkańcom problemów. Zapach przypalonego mleka albo gotowanego kalafiora czy kapusty każdą szparą przedostawał się do mieszkań na górze. Każdą szparą przyłaziły też robaki. Dla mieszkańców były czymś nowym, więc długo nie umieli znaleźć dla nich innej nazwy. Z czasem jedni zaczęli nazywać je prusakami, inni karaluchami, a jeszcze inni karaczanami. Joanna nie pró­bowała ich nazywać. Budziły jej przerażenie, więc usiłowała nie mieć z nimi żadnego kontaktu. Gdy wieczorem musiała iść do kuchni, zapalała najpierw światło i czekała z zamkniętymi oczami w przedpokoju, jak przy zabawie w chowanego, licząc do dziesięciu, aby dać im czas na schowanie się. Nim na to wpadła, wielokrotnie widziała, jak zapalone bez ostrzeżenia światło zmuszało je do panicznej ucieczki. Biegły bezładnie na wszystkie strony, a to z kolei zmuszało Joannę do ucieczki z krzykiem, który budził cały dom.

-              Co się dzieje? - Helena pojawiała się w drzwiach swojego pokoju, nim Joanna zdołała dopaść swojego.

-              Chciałam napić się wody, a one rozbiegły się po całej kuchni - odpowiadała, a Helenie ta od­powiedź nie mogła się podobać. Helena pierwszy raz w życiu spotkała się z robakami. U niej w domu nigdy nie było robactwa. U niej w domu robactwo było nie do pomyślenia. Nic dziwnego, że nie chciała się na nie zgodzić.

-              Czesławie, nie możesz mnie skazywać na życie w takich warunkach. Żądam, aby bar został zamknięty.

Czesław wiedział, że warunki życia, jakie jej zapewnia, dalekie są od tych, do jakich przywykła w młodości. Na swoją obronę miał zmiany ustrojowe, do których doszło w Polsce po wojnie, a które nie ułatwiały mu zadania. Choć pracował po kilkanaście godzin na dobę, półtora etatu i jesz­cze zlecone, nie mógł zapewnić Helenie niczego więcej niż to mieszkanie w starej kamienicy, w której na dodatek otwarto bar.

6

-              Cóż mogę zrobić, Heleno? Nic na to nie umiem poradzić.

-              Nie bądź dzieckiem. Na pewno jest jakiś sposób. Napisz protest, a ja zbiorę podpisy miesz­kańców. Chyba nawet te brudasy nie chcą mieszkać z robakami.

Czesław wyjął maszynę, siadł przy biurku i napisał protest. Zebranie podpisów nie było łatwym zadaniem, dlatego Helena nie mogła powierzyć go mężowi, ale nawet jej sprawiło kłopot. Ludzie nie chcieli się podpisywać pod niczym, choćby ich podpis mógł zlikwidować rozłażące się po ca­łym domu karaluchy. W końcu jednak sobie tylko znanymi sposobami zebrała kilka podpisów, z którymi Czesław poszedł do Urzędu. Helena wyposażyła go w wedlowskie czekoladki i paczkę kawy select, aby rzecz cała mogła przybrać pożądany obrót. Niestety, choć panienki wykazywały się dobrymi chęciami, robiły, co mogły i obiecywały więcej, sprawa ciągnęła się i ciągnęła, stano­wiąc temat codziennych rozmów.

-              Byłeś w Urzędzie? - pytała Helena, i nie czekając na odpowiedź, mówiła dalej: - Jeśli nie bę­dziesz chodził tam codziennie, nic nie załatwisz. Musisz trzymać rękę na pulsie, inaczej robaki nas tu zjedzą.

Czesław okazał się jednak zbyt mało operatywny, aby załatwić zamknięcie baru, i Helena była w końcu zmuszona wziąć sprawę w swoje ręce. Helena miała poczucie omnipotencji, które niejed­nokrotnie pomogło jej załatwić to, co wydawało się niezałatwialne. Tu jednak nawet ona nie mogła nic zdziałać. Choć dotarła z petycją do samego naczelnika, a potem i sekretarza, choć ze szczebla dzielnicowego przeniosła się na szczebel wojewódzki, choć zebrała wiele obietnic, że „może kie­dyś", to jednak ciągle - a od czasu zebrania podpisów minęło już wiele miesięcy - bar trzymał się mocno. Helena nie lubiła porażek. Dlatego też wezwała Sanepid, załatwiła odkaraluszenie baru oraz całej kamienicy i, uznając to za swój sukces, więcej sprawą robaków nie zamierzała się zaj­mować. Nie zamierzała również zajmować się robakami jako takimi, choć w jakiś czas po odkara- luszeniu znów wszędzie ich było pełno. Pozostając w zgodzie ze swoim postanowieniem, nie przyjmowała ich istnienia do wiadomości. Temat robaków został dla niej definitywnie zamknięty. Nie tylko ich nie dostrzegała, ale nawet nie pamiętała, że w domu kiedykolwiek były robaki. Dlate­go nocne krzyki Joanny wprawiały ją w bezbrzeżne zdumienie.

-              Kto się rozbiegł? - pytała Joannę, nie oczekując odpowiedzi. - Coś ci się przyśniło. Idź spać, bo jutro będziesz nieprzytomna.

Joanna wychodziła czasem na podwórko, ze śmieciami albo ot, tak sobie. Ciemna studnia za­mknięta była z czterech stron ścianami kamienicy, w której frontowej części znajdowała się brama. Przez tę bramę co parę dni wjeżdżał wozem mężczyzna po resztki z baru. Wynosił je w wielkich garach i wlewał do beczki na wozie. Joanna patrzyła, jak z garów wylewa się różowa breja o słod- ko-mdłym zapachu. Zastanawiał ją ten różowy kolor. Bar kojarzył jej się z zupą mleczną, kalafio­rem i kapustą, nie mogła odgadnąć, skąd ten róż. Było to jedno z pytań, na które nie umiała sobie odpowiedzieć. Joanna nie lubiła tej właściwości swojego umysłu: lęgło się w nim wiele pytań, a rzadko znajdowała się jakaś odpowiedź. Tę zagadkę rozwiązała po wielu latach. Odpadki barwił barszcz.

Joanna zaczęła jadać w barze od poniedziałku. Po lekcjach odnosiła do domu teczkę, zdejmo­wała szkolny fartuszek, myła ręce, brała pieniądze i zeszycik, i szła do baru. Choć bar znajdował się dokładnie pod nimi, a drzwi od zaplecza wychodziły na podwórko, droga do drzwi frontowych wcale nie była krótka. Trzeba było wyjść przez bramę na ulicę Śliską, dojść do rogu, gdzie zaczy­nała się ulica Stara, przejść parę kroków do Asfaltowej, skręcić w lewo i znów pokonać taką samą odległość jak od domu do Starej. Od frontu bar prezentował się okazale. Duże okna, żółty szyld: Bar Mleczny „Gosia", karta dań przyklejona do szyby. Wnętrze nowoczesne, tablica z ruchomymi literkami, a na niej zupy, kluski, ziemniaki ze słoniną, makaron z cukrem, naleśniki z serem, do wyboru, do koloru, tak mogło zdawać się komuś nieobeznanemu z barowymi zwyczajami. Napis

7

na tablicy oznaczał bowiem, że dana potrawa jest w sprzedaży tylko wówczas, jeśli obok była cena. Cen zwykle było niewiele, a i ludzi o tej porze, kiedy zjawiała się tam Joanna, też nie było zbyt dużo. Joanna stawała przy bufecie, przez którego szklaną szybę kusiły galaretki, mizeria, sałatka z pomidorów i budyń, ale ona nie przychodziła tu ani na przystawki, ani na desery. Miała zjeść obiad. Stała jednak przy budyniach i sałatkach, gdyż tego wymagała procedura, która od jakiegoś czasu przestała być dla niej tajemnicą. Należało czekać przy bufecie, gdyż tam znajdowała się kasa. Jeśli w barze nie było jeszcze ruchu, nie było również pani przy kasie, ponieważ w wolnych chwi­lach przebywała na zapleczu. Joanna stawała więc i czekała, studiując listę potraw nad głową. Wła­ściwie upewniała się tylko, czy jest to, co zwykle brała: makaron z serem. Zazwyczaj był i to po­zwalało Joannie spokojnie czekać na bufetową. Gdyby go nie było, musiałaby wybrać coś innego, a to sprawiłoby jej kłopot, ponieważ Joanna nigdy nie była pewna, na co ma ochotę, i bałaby się, że to, co wybierze, może nie być tym, co uda jej się zjeść. A zjeść musiała wszystko. Po to właśnie miała zeszycik, w którym - na prośbę Heleny - pani miała podpisywać, co, za ile i czy wszystko zjadła. Joanna zrobiła w zeszycie stosowne rubryki i odnosząc talerz dostawała podpis. Ale droga od bufetu do podpisu była daleka. Najpierw musiała przyjść bufetowa. Często zjawiała się dopiero wtedy, gdy klient, który przyszedł po Joannie, zaczynał się tego domagać.

-              Jest tu kto? - pytał głośno albo podchodził do okienka służącego do wydawania potraw, przez które można było zobaczyć całą kuchnię, i mówił, że czeka, aż w końcu bufetowa zjawiała się nie­spiesznie. Joanna zamawiała makaron i płaciła, dostając w zamian kwit z ceną, informującą ku­charki, jaka potrawa została wykupiona. Joanna szła do okienka, podawała kwit i czekała. A kiedy została już stałym bywalcem baru, odchodziła od okienka i siedząc przy stoliku czekała, aż kuchar­ka zawoła:

-              Makaron z serem!

Po jedzeniu odnosiła talerz do innego okienka, nad którym widniał napis: „Prosimy o zwrot na­czyń". Pomywaczka wycierała ręce w brudny fartuch, brała długopis i w rubryce, zatytułowanej: „Poświadczenie", składała zamaszysty podpis. Teraz Joanna mogła już iść do domu.

Joanna przebrnęła szczęśliwie przez początkową część procedury i bez zapału jadła codzienną porcję makaronu. Była w barze sama, bufetowa znów umknęła na zaplecze, z kuchni dobiegał gwar rozmów. I właśnie wtedy Joanna ich dostrzegła. Stanęli przy oknie i zaglądali przez szybę do środ­ka. Banda Wagnerów. Teraz było ich tylko dwóch. Wzrok wyższego spotkał się z jej wzrokiem, nim opuściła głowę. Joanna wiedziała, że należy bać się Wagnerów. Kiedy pojawiali się na końcu ulicy, dzieciaki przekazywały sobie tę wiadomość z ust do ust i chowały się po najgłębszych zaka­markach. Byli postrachem dzielnicy i nikt nie chciał spotkać się z nimi oko w oko. Chyba tylko jedna Joanna właściwie się ich nie bała, tak jak i nie bała się innych niebezpieczeństw. Może wyni­kało to z braku wyobraźni, a może z tego, że wiele lęku wywoływały w niej niegroźne sprawy. Nawet lęk nie może się mnożyć bez końca. Więc choć Joanna bała się Wagnerów, to nie bardziej niż innych ludzi. Na więcej strachu nie było już w niej miejsca.

Tymczasem chłopcy weszli do baru. Z pogłosek roznoszonych przez dzieciaki Joanna wiedzia­ła, że banda to czterech braci Wagnerów i kilku innych chłopaków. Nie była pewna, czy ci, którzy weszli do baru, są Wagnerami, czy nie, ale z pewnością stanowili trzon bandy. Wyższy mógł mieć z piętnaście lat, drugi może trzynaście. Ten mniejszy był w pięknym białym swetrze z golfem, ide­alnie czystym, jakby przed chwilą wyjętym z szafy.

Ciekawe, skąd go ma - przemknęło przez głowę Joanny, a oni podeszli do jej stolika i usiedli. Joanna czuła, że się czerwieni, ale nie zareagowała. Chłopcy też siedzieli w milczeniu i patrzyli w jej talerz, przełykając ślinę. Joanna nie mogła nic przełknąć i siedziała z makaronem w ustach. Za­częły leciutko drżeć jej ręce.

8

-              Zostaw trochę - w głosie młodszego brzmiała prośba, która przebiła się przez lęk Joanny i dotarła do samego jej środka. Joanna z radością oddałaby im ten talerz z makaronem. Pomyślała, że ma jeszcze pieniądze na drugi, kupiłaby dla nich całą porcję, chciała to powiedzieć, ale nie była w stanie wydobyć z siebie głosu. Siedziała sparaliżowana, nie mogła nawet przesunąć w ich stronę talerza, nie mogła dać znaku, że rozumie, co mówią, i gotowa jest spełnić ich prośbę.

Poczekajcie - myślała w popłochu - zaraz się uspokoję i wam to powiem. Nawet jeśli nie uda jej się tego powiedzieć - wiedziała, że może jej się nie udać, to czasem się zdarzało, nawet dosyć często, wyrwana do odpowiedzi w szkole czy w domu nie mogła wydobyć z siebie słowa - to zaraz odsunie od siebie ten przeklęty talerz, poda go im, przecież ręce zawsze dotąd były sprawne, ten paraliż zaraz minie, ale kiedy już, już zdawało jej się, że odzyskuje władzę nad swoim ciałem, że zaraz będzie mogła wykonać ruch, na który wszyscy czekają, starszy powiedział:

-              Co ty, pewnie sama chce zjeść - podniósł się i poszedł w kierunku drzwi, a mniejszy z ocią­ganiem ruszył za nim. Joanna chciała krzyknąć za nimi, zatrzymać nieodwracalny bieg zdarzeń, ale chłopcy wyszli. Tym razem nie zjadła swojej porcji, zostawiła ją na stole, może zajrzą znowu i zo­baczą, że stoi tam dla nich, nie odniosła talerza na miejsce, choć napis nad okienkiem głosił: „Pro­simy o zwrot naczyń", nie poprosiła też o podpis i niczego nie tłumaczyła matce, która cały wie­czór starała się dociec, dlaczego nie ma podpisu. Jeśli nie zjadła, to co zrobiła z pieniędzmi, które obydwoje z ojcem zarabiają w pocie czoła, aby jej niczego nie brakowało. Joanna stała, matka sie­działa przy kuchennym stole, na przemian krzykiem i łagodnością próbując wydobyć z niej zezna­nie.

-              Jeśli w tym wieku oszukujesz, to co będzie później! - grzmiała Helena, oburzona krnąbrno­ścią córki. - Kto kłamie, ten kradnie, pamiętaj, będziemy zmuszeni wszystko zamykać przed tobą na klucz.

W końcu musiała dać za wygraną. Joanna milczała i wydawało się, że żadna siła nie zmusi jej do mówienia. Helena nie udzieliła rozgrzeszenia, brak było oznak skruchy i żalu za grzechy, na­znaczyła jedynie pokutę.

-              Uklęknij tu - powiedziała. - Twarzą do ściany.

Joanna uklękła i klęczała bez poczucia winy czy krzywdy, choć zwykle te dwa uczucia kłębiły się w niej bez widocznych dla innych powodów. Tym razem jednak nie była w stanie przejąć się słowami Heleny ani nawet obdarzyć ich należną uwagą, bowiem myślami była w barze.

Spotkanie w barze miało poważne konsekwencje. Świat przestał być dla Joanny oczywisty. Zło przestało być jednoznacznie złe, bo ci chłopcy, będący przecież uosobieniem zła, pokazali Joannie inne oblicze. Zobaczyła, że ich złe uczynki, których obawiały się dzieci, mogły wynikać po prostu z tego, że byli głodni. Ale nie to było najważniejsze. Dużo ważniejsze było to, że Joanna czuła się przez nich potraktowana tak jak nigdy dotąd. Czuła, że potraktowali ją poważnie. To ona, Joanna, miała coś, co chciałby mieć ktoś inny, i ten ktoś ją o to poprosił. Nie żądał, nie domagał się, po prostu poprosił, jakby to, czy dostanie, czy nie, zależało od woli Joanny, od jej wolnej nieprzymu­szonej woli, na którą się zdawał. A jej brak reakcji też został przyjęty z szacunkiem. Nie dała, to nie dała. Widać nie chce dać. I do tego niechcenia odniesiono się z pełnym zrozumieniem, widać chce sama zjeść, przypisano jej chęci i dano do nich prawo, choć przecież jednocześnie zaszło tu straszne nieporozumienie. Joanna na wszystkie strony obracała w myślach tę sytuację. Wyobrażała sobie po tysiąckroć, jak odsuwa talerz w stronę młodszego, daje mu swój widelec, idzie do bufetu, woła bufetową z zaplecza, zamawia jeszcze jedną porcję, idzie do okienka kuchennego, pani nakła­da jej makaron, ona bierze drugi widelec i tę drugą porcję stawia przed starszym. Na to, żeby usiąść przy nich i pogadać, Joannie nie starczało odwagi nawet w wyobraźni, najdalej udawało jej się do­prowadzić tę historię do ich zaskoczonych spojrzeń i ciepłego uśmiechu, którym obdarzali ją, nim wyszła. Może następnego dnia też by się spotkali i wszystko odbyłoby się dużo prościej, bez nie­potrzebnego oczekiwania. I potem znowu by ich nakarmiła i może już odważyłaby się odezwać i sprowadziłaby ich na dobrą drogę i odtąd wszyscy żyliby długo i szczęśliwie. Ale nic takiego się

9

nie zdarzyło. Joanna nie po raz pierwszy cierpiała z tego powodu, że między nią a światem była jakaś bariera, której pokonanie przerastało jej siły. Nieraz bolała nad tym, że nie odezwała się, kie­dy trzeba się było odezwać, nie włączyła się, kiedy chciała się włączyć, nie zrobiła czegoś, kiedy mogło to być zrobione. Joanna znała smak smutku z powodu nie wykorzystanych sytuacji, które same przychodzą, wystarczy tylko, no tak, nie dam rady, odwrotny kierunek, nad którym nie może zapanować, chce zrobić ruch i tylko zapada się głębiej w siebie, zamiast wyjść na powierzchnię. Dotąd jednak były to drobne sytuacje, ktoś zapraszał ją do zabawy albo o coś pytał. Mogła pocie­szyć się, że kiedyś, może już jutro, włączy się lub odpowie, ale ta sytuacja była inna. Joanna wie...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin