POGANKA.TXT

(300 KB) Pobierz
Autor: NARCYZA ŻMICHOWSKA
Tytul: POGANKA



PRZYGOTOWANIE TEKSTU:
ZYGMUNT MOCZULSKI

PODSTAWA TEKSTU:
NARCYZA ŻMICHOWSKA, POGANKA, WARSZAWA 1976, S. 169





       

+WSTĘPNY OBRAZEK


Jaki to był przeŁliczny ów kominek, coŁmy go kilka lat temu gronem dobrych
znajomych w domu Emilki obsiadali, co dzień prawie, przez całe, długie,
jesienne i zimowe wieczory. Niziutki, czarnym marmurem wyłożony, miał dokoła
bršzowš galeryjkę od staczania się głowien zabezpieczajšcš, dwie żelazne
podstawki, na których się drewka układało - a drewka olszowe, takie suche, tak
mało zostawiajšce po sobie węgla i popiołu, tak czyste, jasne, płomienne, że
choćbyŁ miał smutek na sercu, choć zgryzotę na sumieniu, to przy ich blasku i
myŁli ci się rozjaŁniš, i droga zbawienia ukaże. Teraz jeszcze trzeba sobie
wyobrazić, że ten kominek bezcenny znajdował się w dosyć dużym i wysokim
pokoju, że ten ogień niepokalany rozŁwiecał połyskami swoimi bielutkie Łciany,
dwa gotyckie okna z przymkniętymi od ogrodu okiennicami, Łnieżyste zwoje
muŁlinowych firanek, złote ramy kilku miejscowych krajobrazów, karmazynowym
adamaszkiem wybite meble, fortepian w głębi stojšcy - a poczšwszy od ósmej
godziny, trochę na uboczu, stolik niewielki z całym herbacianym rynsztunkiem,
z szklankami, filiżankami i z Łwiecšcym samowarem, który w miarę dosypywanych
węgli syczał lub warczał gotujšcš się w nim wodš. - Im niepogodniej było na
dworze, tym rozkoszniej lubowaliŁmy się ogniem kominka i cichoŁciš pokoju, i
muzykš samowaru - ach! bo nam wtedy tak dobrze było jednym z drugimi - ach! bo
my wtedy kochaliŁmy się tak szczerze, szanowali tak ufnie, spodziewali się tak
niemylnie!... Dzisiaj? los nas rozwiał po szerokiej ziemi, obojętnoŁć,
zapomnienie, gorzka uraza lub żal gorzki Łladem za tymi lub owymi biegnš.
Gdyby nam znów goŁcinne kto rozniecił ognisko, gdybyŁmy się tak wszyscy dokoła
niego zgromadzili - czyby się też zapomniało uraz? czyby już wszelkš z serca
zrzuciło tęsknotę? czy przyjań znów by zbliżyła dłonie, a pogodš czoła
błysnęły? Nie, ja radzę, nie próbujcie nigdy powtórzenia przeszłoŁci waszej.
Kto kochał wtedy, niech już teraz ukochanych swoich nie spotyka, kto w trumnie
złożył najdroższych, niech dziŁ wskrzeszonych nie oglšda. Kto stracił, niech
nie odzyskuje, bo to okropnoŁć spostrzec, po latach dwóch, trzech, dziesięciu
spostrzec, jak oni różni od tego, czym byli, lub jak my sami różnymi; zawieŁć
się na nich lub na sobie, z wspomnienia mieć rozczarowanie lub w obecnoŁci
zegar bijšcy smutnš niedołęstwa godzinę!... Bodajby to nam oszczędzonym
zostało, nam wszystkim, coŁmy wówczas siedzieli przy kominkowym ogniu i
gwarzyli tak wesoło, tak swobodnie, tak poczciwie - a była nas doŁć liczna
gromadka, a nieraz jeszcze kto z dalszych znajomych zawitał. Pamięć moja
wiernie mi przechowała każdego i przechowała takim, jakim go miała w chwilach
owych; nie takim, jakim jest teraz, lub jakim ja go być sšdzę. - Najpierw
Emilka, pani domu, wdowa po mężu, który jej zatruł dni pierwszej młodoŁci;
była to - waham się w doborze wyrazów: anioł czy Łwięta? - boć jeszcze między
jednym a drugim wielka zachodzi różnica, w niej zaŁ do jednego i drugiego
wielkie było podobieństwo. Anioł, posłannik, to duch czysty i spokojny, który
prosto jak rozkaz Boży ku dobremu idzie. więta, to córka tej ziemi, która w
trudach i boleŁci, walkš i zwycięstwem dokupuje się nieba.

Otóż myŁl Emilki była aniołem, jej serce Łwiętej sercem - jak anioł nie
wštpiła ona nigdy, cicha i spokojna, żadnym instynktem, żadnš potrzebš ciała
ani umysłu nie stanęła na poprzecz prawdom religii chrzeŁcijańskiej. Ale ta
walka unikniona w rozumie przeniosła się do serca i serce cierpiało okropnie.

Występki blinich, niedoskonałoŁci ukochanych, klęski braterskie, stawały się
dla niej żywym jak rana cierpieniem - oburzenia, skargi, potępiajšcych wyroków
nie znały usta Emilii - znała jej dusza za to okropnoŁć daremnych wysileń i
ciężkie próby strudzenia - wszystko jednak przetrwała, zawsze łagodna jak
słońce, które złym i dobrym Łwieci, zawsze cierpliwa jak rzemieŁlnik, który
dzień po dniu tšż samš robotę zaczyna, zawsze łatwa do oszukania jak dziecko,
które samo nikomu nie skłamało jeszcze; bo ona anioł i Łwięta - dwie istoty w
połšczeniu swoim tworzšce takš kobietę, jaka za trzysta lat, najprędzej i
najpochlebniej dla rodzaju ludzkiego liczšc, będzie dopiero mogła żyć
bezpiecznie, błogo i szczęŁliwie.

Teraz miejcie się z niš na ostrożnoŁci, młode głowy i ufne serca. Emilka wam
Łwiat cały w swoje własne ubierze sukienki, pójdzie z wami szukać Łlicznych a
dalszych jak niepodobieństwo obrazków, rozpieŁci was za lada poczciwszš
obietnicę, nie wyłaje nigdy, nie odepchnie nigdy! choćbyŁcie na to sto razy
zasłużyli, choćby to wam do zdrowia najpotrzebniejszym było - chyba? - lecz
znów życie anioła płynie sobie tak jasnym strumieniem, że zupełnie "czarne
diabły" nic z nim nie majš wspólnego. Stšd też zapewne Emilka w swoim własnym
przekonaniu jest bardzo surowa, bo żadnemu z nich nie przebaczyła jeszcze, a
inne odcienia popielate, sine, brudne, jej białoŁci nie ujmujš przecież, same
niš wzbogacić się mogš. - Emilka nie wštpi o nikim. miałem się z niej czasem,
że gdyby od niej zależało, to by nawet Judasz był kiedyŁ zbawionym, i trzeba
wyznać, że nigdy szczerze na ten żart nie odpowiedziała.

Obok Emilki jako zupełnš innoŁć Felicję sadzać lubiłam. Felicja była dla mnie
ideałem obecnej chwili, miała siłę potrzebnš do moralnych tego wieku zapasów,
namiętne wszelkiego dobra pragnienie, gwałtownš złego nienawiŁć, sšd rozumu
bez litoŁci, miłoŁć dla myŁli swej większš niż dla ludzi, a jednak ludziom
bratniej myŁli rękę z pomocš wycišgniętš i życie całe wydane. Jak Emilia nie
znała, tak Felicja nie rozumiała błędów i ułomnoŁci ludzkich. Emilii grzech
bliniego tłumaczył się nieszczęŁciem lub cnotš omylonš, Felicji upadkiem
zupełnym, przed Felicjš nie było Sakramentu Pokuty i łez oczyszczenia; jeŁli
wzgardš nie zaczepiła, to przeszła obojętna, tulšc dokoła szaty swoje, aby
gdzie mimowolnie ich skrajem kału brudnego nie dotknšć. Kiedy jej raz
wymawiałam takš niemiłosiernš sprawiedliwoŁć, brakiem czasu mi się tłumaczyła.
Według zdania Felicji łatwiej nawet wznosić, niż zniszczone podwigać;
zniszczenie uważała ona za najlogiczniejsze dla wszelkiej niedokładnoŁci
następstwo i oddawała mu bez żalu zrywane stosunki, zapominane imiona
ustajšcych na wpół drogi towarzyszów swoich. Felicja, choćby i za
najartystyczniejszych wrażeń podarunek, nigdy się spónić nie chciała.
CzynnoŁć jej była zadziwiajšcš - od najprostszej jałmużny do najwznioŁlejszej
około oŁwiecenia blinich pracy, od gospodarstwa domowego do filozofii, od
igły do poezji, od gawędki do nauczania - dni jej starczyły na wszystko i
wszystko było dobrze lub pięknie, szlachetnie lub odważnie. Prawda, że też Pan
Bóg do wszystkiego jej drogę ułatwił - od dzieciństwa otoczył jš kółkiem
poczciwej rodziny, dał jej kochajšcš matkę, wykształconych braci, położenie w
Łwiecie niezawisłe, wyższe zdolnoŁci umysłowe i prawš naturę.

Pieszczona, rozumna, Łliczna, biała jak lilijka, jasna jak gwiazdeczka, tak
snadnie wzbiła się na wysokoŁci człowieczeństwa, tak wygodnie zawarowała
osobistoŁć swojš w zatraceniu egoizmu, radoŁć swojš w obowišzkach, że nie
umiała sobie dobrać skali na mierzenie postronnych uchybień. Jej życie całe
było czyste i tylko cišgle z niższej do wyższej przechodzšc pięknoŁci
rozwijało się niby dzieło muzyczne według praw rytmu i harmonii w coraz
Łmielsze, bogatsze i wdzięczniejsze akordy. Nigdy Felicja nie miała powodu,
żeby choć na chwilę o samej sobie zwštpić. Z okiem badawczym, nieustannie w
głšb własnej duszy zwróconym, widziała tyle ŁwiętoŁci, tyle prawdy w jej
najtajniejszych zakštkach, że prawda i osobiste uczucia w jednoŁć się dla niej
zlały zupełnie i że na koniec, jak każda wyższych przeznaczeń istota, wierzyć
sama w siebie zaczęła. Współwyznawców jej nie brakło, ja także należałam do
ich liczby. Felicja, pełna wdzięku i uroku, odważna, dowcipna, otoczona
przyjaniš serc poŁwięconych, zazdroŁciš nikczemnych, a szacunkiem ogółu,
wyobrażała mi kobietę najzdolniejszš do przeprowadzenia w rzeczywistoŁć
wszystkich kobiecych o niepodległoŁci marzeń. Ona jedna mogła stanšć tak
silnie, że jej boleŁć nie zachwiała, tak wysoko, że jej ŁmiesznoŁć nie
dosięgła, a tak pięknie i bezpiecznie, że aż innym z niš razem stanšć by się
chciało. Wszystkie cnoty, które jedynie w normalnych warunkach bytu ludzkiego
rozwinšć się mogš, były właŁnie cnotami Felicji; brakło jej wprawdzie cnót
anormalnych, drobnych cnót cierpienia - lecz co tam dzisiaj po nich - cnoty
cierpienia: pokora, skrucha i litoŁć bez granic, rezygnacja niewyczerpnięta to
dobre dla ascetów, dla pustelników Tebaidy lub męczenników w Kolizeum. Nam
trzeba cnót siły, cnót tryumfu, nam trzeba koniecznie cnót szczęŁcia, żeby
inni w nas uwierzyli i tak jak my cnotliwymi się stali. O! bo głównie o innych
chodzi. Pojedynczej duszyczki Bóg chyba teraz nie wpuŁci do Królestwa swego;
to samolubne zbawienie postów i umartwień, długich pacierzy i ciasnego życia,
nie jest zbawieniem godziny dzisiejszej. Cierp, ale żeby braciom twoim weselej
było na Łwiecie; módl się, żeby nieprzyjaciołom twoim jaŁniej było w duchu -
to Bóg kiedyŁ policzy cierpienia i przyjmie modlitwy twoje. Jak nie, to nie.
Przekonanie moje w tym względzie było tak silne, że nad tysišce owych biernych
zalet, które indywidualnoŁć bogacš, nigdy na zewnštrz nie rozpromieniajšc się,
wolałam wszystkie wady Seweryny długim cišgiem nieszczęŁcia zakorzenione w jej
duszy. Te wady przynajmniej obok najszlachetniejszego charakteru, obok
najpiękniejszych skłonnoŁci, głoŁno zdawały się upominać o prawo do szczęŁcia,
o prawo do tego, co dobrym dobroć ułatwia, co chętnym czy...
Zgłoś jeśli naruszono regulamin