Warszawa 1998. Wydanie IDruk: Zakłady Graficzne „ATEXT" w Gdańsku
Autor pragnie wyrazić wdzięczność pracownikom Urzędu Imigracyjnego Sta-nów Zjednoczonych, którzy udostępnili mu dane dotyczące nielegalnej imigracji.
Dziękuje również Korpusowi Wojsk Inżynieryjnych Armii Stanów Zjedno-czonych za pomoc w opisaniu kapryśnej natury rzek Missisipi i Atchafalaya.
Ponadto dziękuje wszystkim, którzy byli tak uprzejmi i podsuwali mu pomy-sły i sugestie dotyczące przygód Dirka i Ala.
REQUIEM
10 grudnia 1948 rokuGdzieś na nieznanych wodach
Z każdym nowym uderzeniem wiatru fale atakowały coraz bardziej zajadłe.Panująca rano dobra pogoda przeistoczyła się późnym wieczorem z doktoraJekylla w porywczego mister Hyde'a. Białe grzywy spienionych bałwanów rozbi-jały się w pokrywający wszystko wodny pył. Wzburzona kipiel i ciemne chmuryzlewały siew szalejącej śnieżnej zamieci i nie sposób było określić, gdzie kończysię woda, a zaczyna niebo. Ludzie znajdujący się na pokładzie pasażerskiego li-niowca „Księżniczka Dou Wan", zmagającego się z wysokimi jak góry, wściekły-mi falami, nie zdawali sobie sprawy, że od katastrofy dzielą ich zaledwie minuty.
Rozszalałe wody gnane porywami wichru, wiejącego jednocześnie z północ-nego wschodu i północnego zachodu, uderzały w statek z dwóch stron. Wiatr osią-gnął wkrótce prędkość stu mil na godzinę, a wysokość fal przekroczyła trzydzie-ści stóp. Schwytana w potężny wir „Księżniczka Dou Wan" nie miała dokąd sięschronić. Jej dziób opadał i znikał pod falami, zalewającymi odkryte pokłady i prze-taczającymi się ku rufie, kiedy się unosił. Rufa wynurzała się, odsłaniając wście-kle wirujące w powietrzu śruby. Atakowany ze wszystkich stron statek pochylałsię pod kątem trzydziestu stopni i wtedy fala zalewała ciągnący się wzdłuż prawejburty pokład spacerowy. Potem prostował się wolno, z coraz większym trudemi dalej stawiał czoło najgroźniejszemu w ostatnich czasach sztormowi na tychwodach.
Zziębnięty, prawie oślepiony przez śnieżycę, pełniący wachtę drugi oficer LiPo schronił się do sterowni i zatrzasnął za sobą drzwi. Pływając dotychczas poMorzu Chińskim, nigdy jeszcze nie widział śniegu wirującego w powietrzu pod-czas szalejącego sztormu. Li Po uważał, że bogowie są niesprawiedliwi, zsyłającna „Księżniczkę" wiatry o tak niszczącej sile po tym, jak opłynęła pół świata i zna-lazła się już tylko niecałe dwieście mil od portu. Przez ostatnie szesnaście godzinpokonała odległość zaledwie czterdziestu mil.
Cała załoga poza kapitanem Leigh Huntem i głównym mechanikiem, prze-bywającym na dole w maszynowni, składała się z chińskich nacjonalistów. Hunt,stary wilk morski, miał za sobą dwanaście lat służby w Królewskiej MarynarceWojennej i osiemnastoletnią karierę oficera marynarki handlowej, kiedy pływał
9
na statkach trzech różnych linii żeglugowych. Kapitanem był od piętnastu lat. Jużjako mały chłopiec wypływał z ojcem na połów ryb w pobliżu Bridlington, małe-go miasteczka położonego na wschodnim wybrzeżu Anglii, zanim pewnego dniazaciągnął się jako zwykły marynarz na frachtowiec płynący do Afryki Południo-wej. Teraz ten szczupły mężczyzna o siwiejących włosach i smutnych, pustychoczach, z głębokim pesymizmem oceniał szansę statku; miał niewielką nadzieję,że przetrwa on sztorm.
Dwa dni wcześniej jeden z członków załogi pokazał mu pęknięcie na zewnętrz-nym poszyciu kadłuba, widoczne na sterburcie między pojedynczym kominem a rufą.Hunt oddałby miesięczną wypłatę za możliwość sprawdzenia, jak wygląda ono te-raz, gdy statek walczy z szalejącym żywiołem. Nie chciał jednak o tym myśleć.Jakakolwiek próba przeprowadzenia inspekcji przy wietrze osiągającym prędkośćstu mil na godzinę i wśród fal przelewających się przez pokłady byłaby samobój-stwem. Zdawał sobie sprawę z grożącego „Księżniczce" śmiertelnego niebezpie-czeństwa i pogodził się już z faktem, że nie ma wpływu na jej dalszy los.
Utkwił wzrok w śnieżnej zamieci zasypującej szyby sterowni.
- Co z oblodzeniem, panie Po? - zapytał swego drugiego oficera, nie od-wracając głowy.
- Powłoka szybko rośnie, panie kapitanie.
- Sądzi pan, że statek może się wywrócić?Li Po wolno pokręcił głową.
- Na razie nie, sir, ale do rana ciężar lodu może osiągnąć wartość krytyczną.Grubość warstwy na nadbudowie i pokładach może okazać się groźna, jeśli na-bierzemy zbyt dużego przechyłu.
Hunt zastanawiał się przez chwilę, po czym odezwał się do sternika:
- Niech pan zostanie na kursie, panie Tsung. Dziobem do wiatru i fali.
- Tak jest, sir - odpowiedział Chińczyk, utrzymując się na szeroko rozsta-wionych nogach. Dłonie mocno zacisnął na mosiężnym kole sterowym.
Hunt powrócił myślą do pęknięcia w kadłubie. Już nie pamiętał, kiedy „Księż-niczka Dou Wan" po raz ostatni poddana została solidnemu przeglądowi w su-chym doku. O dziwo, załoga nie była zaniepokojona przeciekami wody, rdzą naposzyciu ani obluzowanymi czy brakującymi nitami. Beztrosko ignorowała koro-zję i nie przejmowała się tym, że podczas rejsu pompy odprowadzające wodęz zęzy bez przerwy ciężko pracują. Piętą achillesową „Księżniczki" był z pewno-ścią wysłużony i zniszczony kadłub. Statek pływający po oceanach jest uważanyza stary po dwudziestu latach eksploatacji. „Księżniczkę" zbudowano przeszłotrzydzieści pięć lat temu. Od chwili opuszczenia stoczni przemierzyła setki tysię-cy mil morskich, opierała się wzburzonemu morzu i tajfunom. To, że wciąż jesz-cze utrzymywała się na wodzie, graniczyło niemal z cudem.
Została zwodowana w roku tysiąc dziewięćset trzynastym jako „Lanai". Zbu-dowała ją stocznia Harland i Wolff dla Singapurskich Linii Oceanicznych, któ-rych parowce pływały po Pacyfiku. Miała tonaż 10 758 BRT. Jej całkowita dłu-gość, od niemal pionowego dziobu do rufy o przekroju kieliszka do szampana,wynosiła czterysta dziewięćdziesiąt siedem stóp, a szerokość pokładnicy sześć-
10
dziesiąt stóp. Trójprężne maszyny parowe dysponowały mocą pięciu tysięcy konimechanicznych i napędzały dwie śruby. W okresie swej świetności „Księżnicz-ka" potrafiła pruć fale z szybkością siedemnastu węzłów, co można traktowaćjako wynik godny uwagi. Obsługiwała linię Singapur-Honolulu do roku tysiącdziewięćset trzydziestego pierwszego, kiedy to sprzedano ją Kantońskim LiniomŻeglugowym i przemianowano na „Księżniczkę Dou Wan". Po remoncie kurso-wała między portami Azji Południowo-Wschodniej, zabierając na pokład pasaże-rów i ładunki.
Podczas drugiej wojny światowej przejął ją rząd Australii, przystosowującdo przewozu żołnierzy! Doznała poważnych uszkodzeń, zaatakowana przez ja-pońskie samoloty, gdy płynęła w konwoju. Po wojnie zwrócono ją Liniom Kan-tońskim. Pływała krótko między Szanghajem a Hongkongiem, aż wreszcie wio-sną roku tysiąc dziewięćset czterdziestego ósmego postanowiono sprzedać ją nazłom do Singapuru.
Mogła pomieścić pięćdziesięciu pięciu pasażerów w kabinach pierwszej kla-sy, osiemdziesięciu pięciu w drugiej klasie i trzystu siedemdziesięciu w trzeciej.Zwykle jej załoga liczyła stu dziewięćdziesięciu członków, ale podczas rejsu, którymiał być jej ostatnim, na pokładzie znajdowało się tylko trzydziestu ośmiu ludzi.
Hunt wyobrażał sobie, że jego leciwa jednostka pływająca jest jak maleńkawysepka miotana wzburzonymi falami, na której rozgrywa się dramat bez udziałupubliczności. Był fatalistą. Jego przeznaczeniem było osiąść na mieliźnie, a prze-znaczeniem „Księżniczki" skończyć na złomowisku. Hunt współczuł statkowinoszącemu ślady wielu bitew, zmagającemu się teraz z potężnymi siłami żywiołu.„Księżniczka" wiła się i jęczała, zalewana gigantycznymi falami, ale wciąż uda-wało się jej wyrwać z ich uścisku i wbić dziób w następną nadciągającą ścianęwody. Hunt pocieszał się jedynie tym, że jej zużyte maszyny wciąż pracowałypełną parą.
Na dole w maszynowni skrzypienie i jęki dochodzące z kadłuba były przera-żająco głośne. Rdza odpadała z grodzi całymi płatami, gdy woda zaczęła sięgaćkratek pomostów. Pościnane nity, łączące stalowe płaty poszycia, wystrzeliwaływ powietrze jak pociski. Załoga nie przejmowała się tym specjalnie, wiedząc, żeto zjawisko występuje często na statkach nitowanych. „Księżniczkę" zbudowano,zanim jeszcze rozpowszechniła się metoda spawania.
Jednego jednak człowieka dosięgnęły macki strachu.
Głównym mechanikiem był Ian „Hongkong" Gallagher, szeroki w ramionach,wąsaty, lubiący sobie wypić Irlandczyk o czerwonej twarzy. To, co widział i sły-szał, mówiło mu, że statek musi się rozpaść. Starając się przezwyciężyć lęk, za-czął chłodno rozważać, jakie ma możliwości ocalenia.
Osierocony w wieku jedenastu lat, Ian Gallagher uciekł ze slumsów Belfastuna morze i zaczął od chłopca okrętowego. Mając wrodzone zdolności do mecha-niki, został pomocnikiem w maszynowni, a następnie awansował na trzeciegomechanika. W wieku dwudziestu siedmiu lat uzyskał papiery głównego mechani-
11
ka i zaczął pływać na frachtowcach kursujących między wyspami południowegoPacyfiku. Przezwisko „Hongkong" przylgnęło do niego po tym, jak w jednejz knajp tego portowego miasta stoczył nierówną, zwycięską walkę z ośmioma chiń-skimi dokerami, którzy szukali z nim zwady. Kiedy miał trzydziestkę, zaciągnąłsię latem tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku na „Księżniczkę Dou Wan".Gallagher odwrócił się z ponurą miną do swego drugiego mechanika, Chu Wena.
- Wyłaź na górę, wkładaj kamizelkę ratunkową i bądź gotowy do opuszcze-nia statku, kiedy kapitan wyda taki rozkaz.
Chińczyk wyjął z ust niedopałek cygara i spojrzał badawczo na Gallaghera.
- Myśli pan, że pójdziemy na dno?
- Ja nie myślę, ja to wiem - odparł z przekonaniem Gallagher. - Ta stara,przerdzewiała łajba nie wytrzyma nawet godziny dłużej.
- Mówił pan o tym kapitanowi?
- Kapitan musiałby być ślepy i głuchy, żeby tego nie wiedział.
- A pan nie idzie? - zapytał Chu Wen.
- Zaraz cię dogonię - odrzekł Gallagher.
Chu Wen wytarł w szmatę tłuste od smaru ręce, skinął głową głównemu me-chanikowi i wspiął się po drabince ku klapie prowadzącej na górne pokłady.
Gallagher obrzucił ostatnim spojrzeniem swoje ukochane maszyny. Wiedział,że wkrótce spoczną na dnie. Zesztywniał, gdy z czeluści kadłuba dotarło do jegouszu głośne skrzypnięcie. Staruszka „Księżniczka Dou Wan" cierpiała na dolegli-wość zwaną zmęczeniem metalu, poza tym odniosła swego czasu liczne ranyw spotkaniach z samolotami i okrętami. To, czego się nie dostrzegało, żeglującpo spokojnych wodach, stawało się oczywiste w czasie sztormu. Nawet gdyby„Księżniczka" była nową jednostką, z trudem mogłaby się oprzeć naporowi faluderzających w jej kadłub, który teraz musiał znosić nacisk dwudziestu tysięcyfuntów na cal kwadratowy.
Serce Gallaghera zamarło, gdy zobaczył pęknięcie w grodzi; biegło w dół,a następnie rozchodziło się na boki, przecinając płaty kadłuba. Począwszy od le-wej burty, rozszerzało się ku sterburcie. Gallagher chwycił słuchawkę telefonui połączył się z mostkiem.
- Mostek - zgłosił się Li Po.
- Dawaj pan kapitana! - warknął Gallagher.Po chwili ciszy usłyszał głos Hunta.
- Tu kapitan.
- Sir, mamy w maszynowni pęknięcie wielkie jak cholera! Powiększa sięz minuty na minutę!
Hunt poczuł się tak, jakby dostał obuchem w głowę. Mimo wszystko miałnadzieję, że jakimś cudem uda mu się doprowadzić statek do portu, zanim sytu-acja stanie się krytyczna.
- Nabieramy wody? - zapytał.
- Pompy już nie nadążają.
- Dziękuję, panie Gallagher. Czy może pan utrzymać maszyny w ruchu dochwili, aż dotrzemy do lądu?
12
- Ile czasu ma pan na myśli?
- Za godzinę powinniśmy wpłynąć na spokojne wody.
- Wątpię - odrzekł Gałlagher. - Nie daję statkowi więcej niż dziesięć mi-nut życia.
- Dziękuję panu, szefie - powiedział z ciężkim sercem Hunt. - Niech panlepiej opuści maszynownię, dopóki pan jeszcze może.
Zmęczonym ruchem odłożył słuchawkę, odwrócił się i spojrzał przez tylnąszybę sterowni w kierunku rufy. Statek nabrał już widocznego przechyłu i kołysałsię z trudem. Dwie szalupy zmyły fale. Skierowanie się ku najbliższemu brzegowii bezpieczne dotarcie do lądu nie wchodziło już w rachubę. Żeby wydostać się naspokojniejsze wody, musiałby skręcić na sterburtę. „Księżniczka" nie przetrwała-by wściekłego ataku fal odwrócona do nich burtą. Zanurzyłaby się pod wodę i niemiałaby już siły wypłynąć na powierzchnię. Jej los był przesądzony.
Na chwilę wrócił myślami do tego, co działo się sześćdziesiąt dni wcześniej,o dziesięć tysięcy mil morskich stąd, w basenie portowym w Szanghaju, u ujściarzeki Jangcy. Przed ostatnim rejsem „Księżniczki Dou Wan" ogołocono statekz całego wyposażenia wygodnych kabin pasażerskich. „Księżniczka" miała prze-cież udać się na złomowisko w Singapurze. Przygotowania do opuszczenia portuzostały przerwane, gdy na nabrzeżu pojawił się generał Kung Hui z NarodowejArmii Chińskiej i wezwał kapitana Hunta na rozmowę, która miała się odbyć wewnętrzu generalskiej limuzyny marki Packard.
- Proszę mi wybaczyć to najście, kapitanie, ale wykonuję osobiste rozkazygeneralissimusa Czang Kaj-szeka - usłyszał Hunt. Generał Kung Hui miał skórędłoni białą i gładką jak papier; ubrany był w świetnie skrojony mundur na miarę,bez śladu najmniejszej choćby zmarszczki. Zajął całe tylne siedzenie limuzyny,podczas gdy Hunt wiercił się na niewygodnym, rozkładanym, dodatkowym sie-dzisku.
- Ma pan rozkaz przygotować statek i załogę do długiego rejsu - powie-dział generał.
- Musiała zajść jakaś pomyłka - odrzekł Hunt. - „Księżniczka" nie nadajesię już do odbycia żadnego długiego rejsu. Ma wypłynąć do Singapuru, gdziespocznie na złomowisku. Zaopatrzenie, ilość paliwa i liczebność załogi zostałyograniczone do minimum.
- ...
rutkowska-j