Jan Nowak-Jeziorański
- Rozmowy o Polsce -
Od Autora
`tc
Oddaję czytelnikom kolejny wybór moich artykułów i esejów, które ukazały się w polskich mediach w latach 1993-1995.
Od chwili upadku PRL i powstania Trzeciej Rzeczpospolitej publicystyka w krajowych i polonijnych środkach masowego przekazu stała się dla mnie kontynuacją oddziaływania na społeczeństwo, które uprawiałem od 1948 r. wpierw na falach BBC, a później Radia Wolna Europa.
Od końca 1989 r. byłem stałym gościem I Programu Telewizji Polskiej. W ciągu czterech lat, do września 1993 r., Telewizja nadała ponad setkę moich esejów z cyklu "Polska z oddali". Szeroki i życzliwy oddźwięk, potwierdzony przez sondaże prowadzone wśród telewidzów przez TVP, były dla mnie źródłem wielkiej satysfakcji. Niestety, nie spotkały się z uznaniem nowej dyrekcji I Programu, która objęła kierownictwo we wrześniu 1993 r. "Polska z oddali" została bez powodu usunięta z ramówki. Po półrocznej przerwie dyrekcja Polskiego Radia zaprosiła mnie do wznowienia cyklu na falach eteru.
Eseje "Polska z oddali" powtarzane były w formie przystosowanej do druku na łamach prasy krajowej i polonijnej. Tematem, podobnie jak w moich latach w Rozgłośni Polskiej RWE, a poprzednio BBC, są nasze polskie troski i sprawy. Dziś na plan pierwszy wysuwa się kryzys tożsamości, jaki przeżywa pokolenie ukształtowane w ciągu blisko pół wieku w PRL. Kryzys ten to konflikt dwóch systemów wartości. Znajduje on swój wyraz zarówno w ocenie ludzi, jak i wydarzeń, jakie rozgrywały się w ciągu osiemdziesięciu lat mego życia, jak też w ocenie zjawisk i problemów dnia dzisiejszego. Poświęcam tej niedawnej przeszłości wiele uwagi, bo toczy się dziś w Polsce walka o pamięć społeczną. Jej wynik rzutować będzie bardzo mocno na nasze obecne postawy i sposób myślenia, a tym samym wywierać wpływ na kształtowanie przyszłości.
Z doświadczeń tej niedawnej przeszłości wypływa troska o bezpieczeństwo kraju, a więc o to, by nieszczęścia, jakie spadły na Polskę, już nigdy nie powtórzyły się w przyszłości.
Zdaję sobie sprawę, że mój sposób patrzenia na kraj z oddali i z perspektywy człowieka wychowanego w latach Drugiej Rzeczpospolitej musi być inny od spojrzenia ludzi urodzonych w Polsce Ludowej. Książka ta spełni swoje zadanie, jeśli przez konfrontację poglądów autora i czytelników pobudzi ich do refleksji.
`tc+
I. Sylwetki
* Generał Władysław Sikorski. W poszukiwaniu sądu sprawiedliwego
* Śmierć w Giblartarze. Sabotaż czy przypadek?
* Edward Raczyński. Wspomnienie osobiste
* Generał Tadeusz Bór-Komorowski w mojej pamięci
* O godne pochowanie ostatniego króla Polski
Generałp
Władysław Sikorski.p
W poszukiwaniup
sądu sprawiedliwego
Poznałem w czasie wojny wszystkie główne postacie polskiego dramatu lat wojny z wyjątkiem generałów: Roweckiego i Sikorskiego.
Dotarłem do Londynu w pięć miesięcy po śmierci Naczelnego Wodza i byłem przyjęty przez prezydenta Rzeczpospolitej Władysława Raczkiewicza. Rozmowa toczyła się przy kominku w jego rezydencji. W pewnej chwili prezydent zauważył, że siedzę w tym samym fotelu, w którym siadywał zwykle generał Sikorski, i zaczął snuć wspomnienia. "Miałem z nim dużo trudności - mówił - różniliśmy się usposobieniem i wywodziliśmy się z innych obozów politycznych, ale czułem, że pod tym mundurem bije bardzo gorące serce człowieka, który żarliwie kocha Polskę. I wie pan - dodał, jakby dziwiąc się samemu sobie - mnie jego teraz brakuje".
Wiedziałem o konfliktach między Sikorskim a Raczkiewiczem, który w pewnym momencie chciał się go nawet pozbyć. Toteż słowa prezydenta głęboko zapadły w mojej pamięci.
Generał Sikorski miał wrogów i ma ich po dzień dzisiejszy. Dawne podziały i antagonizmy wciąż rzutują na nasze oceny postaci historycznych. Wyznawcy kultu Piłsudskiego mają skłonność do pomniejszania roli Sikorskiego. Prawda, że nikt nie uczynił więcej dla odzyskania i obrony niepodległości państwa niż Marszałek. Nie można tych dwóch stawiać na równi obok siebie. Ale to przecież nie oznacza, by odmawiać wielkich osiągnięć Sikorskiemu. Jak każdy człowiek miał swoje wady i popełniał błędy. Zacznijmy jednak ten bilans jego życia od plusów.
Działalność niepodległościową zaczynał w gimnazjum. Już wtedy jego dewizą stały się słowa: "Idź i czyń ciągle. Czyń bez wytchnienia". Istotnie, przez całe życie działał bez wytchnienia w służbie Polski. Dzięki wrodzonej inteligencji, energii i talentom organizacyjnym od najmłodszych lat wysuwał się wszędzie na czoło. Warto wymienić najważniejsze osiągnięcia.
Po wybuchu pierwszej wojny światowej Austriacy poczuli się zawiedzeni przez Piłsudskiego, który budził ich nadzieje, że wkroczenie jego strzelców do Kongresówki wywoła tam powstanie na tyłach rosyjskiego frontu. Oddziały strzeleckie stanęły wobec ultimatum austriackiego: albo się rozwiążą, albo zostaną wcielone do "Landszturmu". Energii i zabiegom głównie Sikorskiego zawdzięczać należy ocalenie tego zalążka wojska polskiego, powstanie Legionów podlegających Naczelnemu Komitetowi Narodowemu w Galicji. Bez Sikorskiego nie byłoby Pierwszej Brygady Piłsudskiego, a więc polskiego czynu zbrojnego. Do 1915 r. istniała ścisła współpraca między Sikorskim a Piłsudskim.
Jest rok 1920. Wbrew przypuszczeniom Piłsudskiego bolszewicy nie skierowali głównego uderzenia na Warszawę. Tuchaczewski postanowił powtórzyć manewr Paskiewicza z 1831 r. i obejść stolicę ruchem okrążającym od północy i zachodu. Trzem armiom bolszewickim zamykała drogę jedynie Piąta Armia Sikorskiego. Groziło jej otoczenie i zniszczenie. Sikorski powziął błyskawiczną i ryzykowną decyzję uderzenia wpierw w XV Armię nieprzyjaciela. Odepchnął ją pod Nasielskiem, a następnie uderzył w IV Armię, która zagrażała od tyłu. Okazane przez Sikorskiego wybitne zdolności strategiczne doczekały się po wojnie uznania zarówno ze strony Piłsudskiego, jak i Tuchaczewskiego. Z pamiętników tego ostatniego wynika, że gdyby Piąta Armia Sikorskiego poniosła klęskę, sukces manewru Piłsudskiego byłby chwilowy.
Po zakończeniu wojny polskie siły zbrojne zawdzięczały bardzo wiele energii i talentom organizacyjnym Sikorskiego, który zajmował kolejno stanowiska szefa sztabu i ministra wojny. Po zabójstwie Narutowicza Polska znalazła się na skraju przepaści. Groziła jej anarchia, a może nawet wojna domowa. W tym najkrytyczniejszym momencie w dziejach Drugiej Rzeczpospolitej Sikorski, postawiony na czele rządu bezpartyjnego, zażegnał niebiezpieczeństwo, przywrócił spokój i porządek. Chociaż ten rząd trwał tylko sześć miesięcy, zalicza się go, obok rządu Grabskiego, do najlepszych gabinetów przed 1926 r.
Po zamachu majowym Generał odsunięty został od czynnej służby wojskowej. Następne czternaście lat nie były jednak okresem przymusowej bezczynności. Wypełniła je publicystyka i pisanie książek. Najważniejszą, bo proroczą, była praca, Przyszła wojna. Przewidział w niej nie tylko niemiecką agresję, ale rolę, jaką odegra w niej lotnictwo, broń pancerna i zmotoryzowana piechota. W tych latach nawiązał Sikorski bliskie stosunki z Francuzami, które przyniosły owoce po klęsce wrześniowej.
W czasie kampanii wrześniowej trzykrotnie próbował Sikorski bez skutku oddać się do dyspozycji marszałka Rydza-Śmigłego. W chwili przekraczania przez Naczelnego Wodza granicy rumuńskiej zgłosił przez pośrednika gotowość pomocy w odtworzeniu wojska we Francji, gdzie miał rozległe stosunki. Następnego dnia prezydent i rząd zostali internowani w Rumunii. Ciągłość państwa była zagrożona. Po klęsce rządzący obóz sanacyjny był całkowicie skompromitowany w kraju, a na Zachodzie traktowany niechętnie jako rząd dyktatorski. Groziło to, że Polskę reprezentować będzie w obozie sprzymierzonych jakiś Komitet Narodowy. Sikorskiego nie obciążała odpowiedzialność za klęskę wrześniową, a na Zachodzie miał opinię demokraty. Udało mu się przekonać Francuzów o konieczności wskrzeszenia rządu i wojska we Francji. Jedno i drugie było niewątpliwą zasługą Generała.
Gdy z kolei Francja poniosła klęskę, Sikorski, pomny przykładu Rydza-Śmigłego, trwał do ostatniej chwili przy sojuszniku francuskim. Zarzuca mu się nawet, że trwał zbyt długo i stracił przez to część wojska. Gdy jednak przekonał się, że kapitulacja jest postanowiona, działał błyskawicznie. Jego dramatyczna rozmowa z Churchillem zadecydowała o kontynuowaniu przez Polskę wojny u boku osamotnionej Anglii. W tym krytycznym momencie wojny, gdy ostateczne zwycięstwo Hitlera wydawało się bliskie, niezłomna wiara Sikorskiego w Anglię miała wielkie znaczenie dla podtrzymania morale Anglików.
Z perspektywy wydaje się, że największym osiągnięciem Generała była umowa Majski-Sikorski, za którą najbardziej był współcześnie atakowany. Zarzuca mu się, że zgodził się na podpisanie z Moskwą aktu, który nie przywracał przedwojennej granicy, ograniczał się jedynie do stwierdzenia, że pakt Ribbentrop-Mołotow przestał istnieć. Anglicy nie usiłowali wywierać w tej sprawie żadnego nacisku na Moskwę. Na drugi dzień po napaści Hitlera na Sowiety Churchill zaofiarował Stalinowi nieograniczoną pomoc nie obwarowaną żadnymi warunkami, ani słowa o Polsce. Pozycja Sikorskiego nie mającego za sobą nikogo była bardzo słaba. Początkowo Majski chciał utworzenia w Moskwie Polskiego Komitetu Narodowego i podporządkowania mu jednej dywizji wojska z dwudziestu tysiącami żołnierza. Z największym trudem udało się Sikorskiemu wywalczyć uznanie ciągłości państwa polskiego, a więc nawiązanie przez Moskwę stosunków dyplomatycznych z rządem polskim w Londynie, zwolnienie z więzień i łagrów około 200 tysięcy Polaków i utworzenie armii polskiej podporządkowanej prawowitym władzom Rzeczpospolitej i mianowanemu przez nie dowódcy. Przeciwnicy Sikorskiego uznali podpisanie umowy bez wyraźnego uznania granicy ryskiej nieomal za zdradę. Zachęceni sowieckimi niepowodzeniami w pierwszych dniach wojny wierzyli, że Rosja sowiecka będzie rozgromiona przez Niemców. Sikorski zaś uważał, że jeśli tak się stanie, pakt i tak utraci wszelkie znaczenie. Chodziło mu przede wszystkim o uratowanie kilkuset tysięcy Polaków w Rosji i utworzenie polskiej armii. Historia przyznała mu rację. Gdyby umowy nie podpisał, do powstania marionetkowego Związku Patriotów Polskich i dywizji Berlinga doszłoby o dwa lata wcześniej. Nie byłoby armii Andersa i Monte Cassino, a większość żołnierzy, oficerów i Polaków wywiezionych do ZSRR zginęłaby w łagrach i na zesłaniu. Zwierzył się Sikorski swemu przyjacielowi M. Kukielowi, że gdy się wahał, czy układ podpisać, usłyszał szept tysięcy ust: "Spiesz się, ratuj nas". Czas rzeczywiście pracował przeciwko Polsce. Pięć miesięcy później, po zatrzymaniu niemieckiej ofensywy pod Moskwą, Stalin już na pewno nie podpisałby umowy z Sikorskim.
Pora na wytknięcie słabości Generała. Miał skłonność do pokładania przesadnej ufności w sojusznikach. Gdy Piłsudski zerwał z Niemcami i z Austrią i organizował w podziemiu POW, Sikorski trzymał się kurczowo Austro-Węgier aż do chwili, gdy zdradzili Polskę w pokoju brzeskim. Wierzył także do ostatniej chwili w sojusz z Francją nie dostrzegając braku ducha ofensywnego i woli do walki Francuzów, wykrwawionych w pierwszej wojnie światowej.
Zarzuca się Sikorskiemu porachunki z obozem sanacyjnym: internowanie w obozie na Wyspie dawnych piłsudczyków, wśród nich ludzi wysoce wartościowych. Poznałem w czasie wojny polskie piekło w Londynie. Poza wojskiem większość stanowili ci, którzy opuścili kraj przez most na Zbruczu. Od pierwszej chwili wypowiedzieli Generałowi nieubłaganą wojnę na górze i na dole. Ograniczyła ona bardzo jego samego, a później Mikołajczyka. Niestety, pod wpływem swych doradców, Stanisława Kota i generała Izydora Modelskiego, okazywał Generał w tej walce małostkowość. Gdy wicepremier Eugeniusz Kwiatkowski, jedna z najpiękniejszych postaci Drugiej Rzeczpospolitej, prosił go z Rumunii, gdzie był internowany, by przyjął go do wojska w stopniu podporucznika, Generał odmówił. Odrzucił człowieka, który narażając się na niechęć Marszałka dwukrotnie próbował bezskutecznie doprowadzić do pojednania tych dwóch ludzi.
Najsprawiedliwszy sąd o generale Sikorskim wydał Edward Raczyński, który blisko z nim współpracował. Pisał Raczyński o wadach Generała: jego próżności, skłonności do autoreklamy, optymizmie często bez pokrycia, oderwanym od rzeczywistości, z jakim informował o sytuacji kraju rząd i wojsko, o pewności siebie i wierze we własne możliwości graniczące z megalomanią, ale przypominał, że nie on jeden grzeszył megalomanią. Te słabości Sikorskiego, pisał Raczyński, przesłoniły jego historyczną rolę jako organizatora polskich sił zbrojnych, nieustraszonego żołnierza, zwycięskiego dowódcy, zręcznego polityka, wybitnie utalentowanego męża stanu, a przede wszystkim patriotę, który służył Polsce przez całe życie do ostatniego tchu.
Gdy nad trumną Władysława Sikorskiego przemówił dzwon Zygmunta, może obecni usłyszeli z zaświatów słowa Generała, które skierował niegdyś do swoich żołnierzy:
"Bóg patrzy w moje serce, widzi i zna moje zamiary, które są czyste i rzetelne. Jedynym moim celem jest wolna, sprawiedliwa i wielka Polska. Do takiej Polski was prowadzę".
`rp
"Tydzień Polski"
3 IX 1993
Śmierć w Gibraltarze.p
Sabotaż czy przypadek?
O katastrofę gibraltarską otarłem się w 1952 r., gdy RWE poświęciła jej słuchowisko dokumentalne. Wzięło w nim udział dwóch koronnych świadków: kapitan Ludwik Łubieński i czeski pilot Edward Prchal, oraz generał Marian Kukiel, minister obrony w gabinecie Sikorskiego. Kukiel odnosił się z największą nieufnością do orzeczenia brytyjskiej komisji, która prowadziła dochodzenie w sprawie przyczyn katastrofy, ale nie chciał tego powtórzyć przed mikrofonem. Nie mógł zrozumieć, w jaki sposób komisja mogła orzec kategorycznie, że tą przyczyną nie był sabotaż, lecz zablokowanie sterów. Tego rodzaju orzeczenie, twierdził generał, było możliwe tylko po zbadaniu wszystkich części samolotu, a zwłaszcza urządzeń sterowych. Tymczasem wydobyto z morza tylko przednią część kadłuba i skrzydła. Kukiel podejrzewał, że komisja tuszowała wyniki dochodzeń, gdyż nie była pewna, w jakim kierunku poprowadziłyby ślady.
Z Prchalem rozmawiałem osobiście w Nowym Jorku. Zapytałem go, dlaczego on jeden miał na sobie kamizelkę ratunkową, dzięki czemu on tylko się wyratował. Wyjaśnił, że według obowiązujących przepisów załogi musiały nakładać kamizelki ratunkowe przed każdym lotem nad morzem. Kamizelka krępowała swobodę ruchów i nie każdy się do tego przepisu stosował. Drugi pilot niestety kamizelki nie włożył i utonął. Co było powodem katastrofy? - Przypuszczalnie zablokowanie sterów. Jak to "przypuszczalnie", przecież pan miał rękę na drążku sterowym? - Bo na skutek uderzenia straciłem pamięć. Gdy odzyskałem przytomność, nie wiedziałem, co się stało. Jeżeli stery uległy zablokowaniu w pozycji, gdy samolot piął się w górę - to jak mógł nagle spaść w morze? Na to proste pytanie, podyktowane zdrowym rozsądkiem, nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Po latach Prchal wygrał sprawę o oszczerstwo przed sądem brytyjskim, gdy angielski pisarz oskarżył go o udział w spisku Churchilla na życie Sikorskiego. Ja także nie wierzę ani w ten spisek, ani w udział w nim pilota. Anglicy nie mieli żadnego motywu, by likwidować Sikorskiego. Jeśli chcieli się go pozbyć, mogli z nim byli zrobić to, co uczynili w rok później z premierem Tomaszem Arciszewskim, gdy odmówił on udziału w jałtańskiej transakcji. Mogli po prostu Sikorskiego odstawić na bok wraz z całym rządem.
Polska komisja, która prowadziła niezależne dochodzenie, odmówiła podżyrowania orzeczeń komisji brytyjskiej. Nie wiadomo, dlaczego jej protokoły nie zostały do dziś ujawnione. Mjr Jan Krzyżanowski, który był wtajemniczony w jej obrady, mówił mi w połowie lat osiemdziesiątych o podejrzeniach sabotażu. Jan Podoski, oficer VI Oddziału Sztabu Naczelnego Wodza, w swych wspomnieniach "Zbyt ciekawe czasy" (Warszawa 1991) powtarza tezę wysuniętą także przez Olgierda Terleckiego w jego książce poświęconej Sikorskiemu. Przed lądowaniem musi być wyłączony pilot automatyczny zwany "Georgem". Pilot automatyczny unieruchamiał drążek sterowy. Włącza się go dopiero po starcie, gdy samolot osiągnie wysokość co najmniej 30 metrów. W tym wypadku samolot wystartował z włączonym "Georgem", który na skutek obciążenia przedniej części maszyny - po wypełnieniu zbiorników z benzyną - skierował maszynę od razu w dół. Zarówno Terlecki, jak i Podoski przypuszczają, że Prchal po prostu zapomniał wyłączyć pilota automatycznego. Zapominają, że musiał to uczynić przed lądowaniem. Obaj pisząc swe książki nie wiedzieli, że za bezpieczeństwo Gibraltaru odpowiedzialny był Kim Philby, szef kontrwywiadu brytyjskiego na Półwyspie Iberyjskim (Sekcja 5, M6). Dopiero w 1963 r. Philby po swej ucieczce do Moskwy zdemaskowany został jako agent sowiecki wysokiego szczebla. Z tytułu swojej funkcji Philby musiał być dokładnie poinformowany zarówno o dniu, jak i godzinie przylotu i odlotu samolotu wiozącego na pokładzie Naczelnego Wodza. Jego ludzie jako członkowie obsługi naziemnej mieli na miejscu nieograniczony dostęp do samolotu. Jeden z wartowników strzegących samolotu umieszczony był nie na zewnątrz, ale w środku kabiny, co nigdy nie było stosowane. Ów "wartownik" mógł tam czynić bez świadków, co mu się podobało.
Komu zależeć mogło na zgładzeniu Naczelnego Wodza? Stalin był tym, który wyciągnął korzyści polityczne ze śmierci Sikorskiego, łączącego w swych rękach stanowisko szefa rządu i Naczelnego Wodza. Mikołajczyk nie dorównywał Sikorskiemu ani intelektem, ani pozycją i prestiżem w obozie sprzymierzonych, a stały konflikt między Mikołajczykiem i Sosnkowskim poważnie osłabiał możliwości podejmowania decyzji przez władze polskie w Londynie w najbardziej krytycznych chwilach wojny.
Wszystko to są oczywiście tylko poszlaki. W niemieckich dokumentach zagarniętych przez aliantów po wojnie nie znaleziono najmniejszego śladu, by sprawcami katastrofy gibraltarskiej byli Niemcy. Hitler liczył na to, że na tle sprawy polskiej może dojść do konfliktu wśród sprzymierzonych, i w tym momencie nie miał interesu w likwidowaniu Sikorskiego. Rozwiązanie zagadki mogłoby przynieść tylko dokładne zbadanie dokumentów sowieckich.
10 VII 1993
Edward Raczyński.p
Wspomnienie osobiste
Gdy na ekranie warszawskiej telewizji ukazało się zdjęcie Edwarda Raczyńskiego i spikerka przeczytała wiadomość o jego śmierci, miałem takie uczucie, jakby zamykał się bezpowrotnie ogromny kawał mego własnego życia.
Straciłem ojca, gdy miałem 4 lata, i Bóg - jakby chcąc zrekompensować mi tę stratę - obdarzył mnie dwoma wielkimi mentorami. Pierwszym był w latach akademickich profesor Edward Taylor, a drugim stał się w czasie wojny Edward Raczyński. Obaj odnosili się do mnie z jakimś ojcowskim sentymentem i zaufaniem, które w pełni odwzajemniałem. Poznałem Ambasadora pół wieku temu, gdy jako młody dwudziestodziewięcioletni emisariusz znalazłem się w Londynie. Odkryłem od razu, że ten czołowy przedstawiciel nowej, międzywojennej dyplomacji polskiej łączy niezwykle gorące uczucia patriotyczne z umiejętnością chłodnej i głębokiej oceny wydarzeń i ludzi, wypowiadanej zawsze jakby z dystansu.
Bagaż informacji i ocen, który przywiozłem z Londynu do Warszawy w przeddzień wybuchu Powstania Warszawskiego, zawdzięczałem głównie znajomości tajnych dokumentów udostępnianych mi przez Raczyńskiego i długim rozmowom z Ambasadorem w jego gabinecie albo na ławce w pobliskim parku. Później, po wojnie ta przyjaźń uległa pogłębieniu. Gdy zostałem dyrektorem Rozgłośni Polskiej RWE, Raczyński stał się bezcennym doradcą, w chwilach trudnych - niezawodnym oparciem. Gdy trzeba było, osłaniał swoim wielkim autorytetem przed nagonkami rodaków. Zachował prestiż i wielki autorytet także wśród elit angielskich i amerykańskich. W momentach, gdy spory z Amerykanami stawały się niebezpieczne, nigdy nie odmawiał pomocy i interwencji, często skutecznej. Korespondencja z Raczyńskim wypełnia kilka grubych skoroszytów w moim archiwum. Zamyka ją ostatni list, pisany na sześć tygodni przed śmiercią. Chciałem sobie przypomnieć pewien szczegół z naszej rozmowy o Churchillu sprzed pół wieku. Raczyński nie tylko ją zapamiętał, ale nawet sprostował ten szczegół, który wyleciał mi z pamięci. Od mego wyjazdu z Anglii ile razy odwiedzałem Londyn, zaczynałem z reguły od wizyty u Raczyńskich. Obok Eugeniusza Kwiatkowskiego i Adama Ciołkosza należał Edward Raczyński do najciekawszych rozmówców, jakich napotkałem w życiu. Umiał także słuchać. Może utrata wzroku sprawiła, że słuchał tak chciwie i tak intensywnie. Od czasu do czasu wygłaszał zwięzłe i precyzyjne uwagi. A słuchanie Pana Edwarda, jego ocen teraźniejszości i wspomnień przeszłości było zawsze prawdziwą ucztą. Mówił nie tylko o polityce, ale o wszystkim - zwłaszcza o literaturze i poezji. Pamiętam dobrze te rozmowy i wizyty - po wojnie w willi na Goldes Green, a później w Kensington, w skromnym mansardowym mieszkanku, zastawionym starymi meblami, rodzinnymi fotografiami i ocalonymi portretami przodków. W czasie jednej z ostatnich rozmów prezydent Raczyński przez chyba piętnaście minut recytował z pamięci poezje Norwida, po czym przyznał, że go nie lubi! Dlaczego - nie wyjaśnił. Może dlatego, że widział w Norwidzie zwycięskiego konkurenta Zygmunta Krasińskiego, z którym związany był przez matkę, Panią Różę, primo voto żonę syna poety. Napisał o niej piękną książkę, bo był nie tylko mężem stanu i dyplomatą, ale także świetnym pisarzem. W żyłach tego ostatniego z Raczyńskich, a raczej z ich polskiej linii, płynęła krew wszystkich naszych wielkich rodów magnackich. Raczyński był wielkim panem w każdym calu, a równocześnie był chemicznie wyprany z wszelkich snobizmów, próżności, jakiejkolwiek wyniosłości. Był głęboko wierzącym i praktykującym katolikiem, otwartym i tolerancyjnym wobec ludzi całkowicie odmiennych przekonań. Nie znam innego człowieka, który miałby równie szczęśliwą i długą starość. Zawdzięczał ją oddaniu i troskliwej opiece swej wspaniałej towarzyszki, Anieli Raczyńskiej. Jak przed nim Julian Ursyn Niemcewicz, Władysław Mickiewicz oraz Bolesław Limanowski, stał się Raczyński żywym przęsłem łączącym kilka pokoleń. Z lat dziecinnych pamiętał ostatnich weteranów Powstania Listopadowego. Opowiadał mi, jak Henryk Sienkiewicz odwiedził Rogalin i postanowił unieść w górę jednego z dwóch chłopców, nie pamiętam - Edwarda czy Rogera. Wielki pisarz atletą nie był i przy tym pokazie krzepy nadwerężył sobie fatalnie ścięgno. Przeżył Raczyński jedną czwartą epoki rozbiorowej, dwudziestolecie niepodległości, był ostatnim żyjącym wielkim aktorem polskiego dramatu lat wojny, prezydentem RP na uchodźstwie i dożył szczęścia odzyskanej po raz drugi wolności. Do jego skromnego mieszkania na poddaszu ciągnęły bez przerwy pielgrzymki z Polski. Odwiedzali go Wałęsa, trzej premierzy, ministrowie, działacze polityczni, pisarze i artyści. Przyjmował wszystkich z tą samą prostotą i serdecznością. Zabrakło mu sił, by odwiedzić Polskę po jej uwolnieniu, ale wyraził pragnienie powrotu do swego Rogalina po śmierci, by spocząć na zawsze w polskiej ziemi, którą tak kochał i której służył tak wiernie i tak długo.
3 VIII 1993
Generał Tadeuszp
Bór-Komorowskip
w mojej pamięci
Stało się wielkim przywilejem mego życia, że miałem okazję poznać z bliska dwóch generałów: Tadeusza Bora-Komorowskiego i Tadeusza Pełczyńskiego. Wymieniam ich obu jednym tchem, bo ci dwaj dowódcy, różniący się od siebie rodowodem politycznym, temperamentem i typem umysłowości, wzajemnie się uzupełniali, a na emigracji jakby zrośli się ze sobą. Nie było między nimi nigdy współzawodnictwa, zazdrości i niechęci. Jeden o drugim wyrażał się z szacunkiem. Pełczyński w ostatniej rozmowie ze mną, kiedy przekroczył już dziewięćdziesiątkę, mówił, że im więcej czasu upływa od chwili śmierci Bora, tym większe ma dla niego z perspektywy lat uznanie i sentyment.
Meldowałem się u nich obu na Mariensztacie w końcu sierpnia 1943 r., kiedy odprawiali mnie jako wysłannika do Londynu. Górował wtedy Pełczyński. Bór był dowódcą AK dopiero od sześciu tygodni i wyraźnie brakowało mu pewności siebie. W czasie Powstania - wkrótce po przejściu Bora i jego sztabu ze Starówki do Śródmieścia - wprowadziłem go do studia "Błyskawicy" w podziemiach PKO gdzie poprawił i odczytał przed mikrofonem przygotowywany przeze mnie tekst. Gdy po oswobodzeniu z niewoli obaj generałowie znaleźli się w Londynie, szef sztabu gen. S. Kopański przydzielił mnie do nich w roli nieoficjalnego doradcy politycznego, na co obaj chętnie przystali. Przysłuchiwałem się, gdy całymi dniami roztrząsali między sobą sierpniową decyzję i wszystko, co do niej pchnęło. Widywałem się z gen. Komorowskim codziennie, gdy przygotowywałem tekst jego wspomnień powstańczych, zamówiony przez "Reader's Digest". W mojej obecności dyktował z notatek stenotypistce p. Makarewicz. Nie przychodziło mu to łatwo, bo nie cierpiał mówienia o sobie. Był skromny aż do przesady i niewiele dało się od Generała wydobyć. Wrodzoną nieśmiałość pokrywał pewną szorstkością. Nigdy nie objawiał na zewnątrz swoich uczuć.
Pewnego dnia zastałem Generała w stanie skrajnego przygnębienia. Usiłowałem dowiedzieć się, co się stało. Po dłuższym milczeniu Generał przyznał się w końcu, że przed godziną dostał pierwszy list od żony, z którą rozstał się w Warszawie w przeddzień Powstania. Znalazła się z dwojgiem dzieci w Lubece. Pisała, że młodszy synek, urodzony po Powstaniu, jest nienormalny i będzie upośledzony do końca życia.
- To z mojej winy - wykrztusił z siebie Generał.
- Jakim sposobem? - zapytałem.
- A bo widzi pan, Irena siedziała sobie bezpiecznie w Górze pod Grodziskiem u Zdzitowieckich. 31 lipca przyjechała z Adasiem i niańką do Warszawy. Przyszła do mnie wieczorem zapytać, co ma ze sobą robić, gdy Sowieci wejdą do Warszawy? Powinienem był odesłać ją natychmiast do Góry. Była w ostatnich miesiącach ciąży. Nie zrobiłem tego. Wybuch Powstania zaskoczył ją w mieście. Przeżyła straszne rzeczy i taki jest tego rezultat.
- A dlaczego pan jej nie powiedział, że ma natychmiast wracać na wieś?
- Bo nie mogłem ostrzec wszystkich ciężarnych kobiet w Warszawie, więc nie miałem prawa robić wyjątku dla własnej żony.
Generał mylił się. Lekarze orzekli, że kalectwo dziecka nie miało nic wspólnego z przeżyciami matki. Ale ten jeden epizod starczy za cały życiorys generała Bora. Ukazuje człowieka, który zupełnie nie widział siebie. Zdradzenie tajemnicy wojskowej było dla niego czymś nie do pomyślenia nawet wtedy, gdy chodziło o ocalenie własnej żony i dzieci.
Takim człowiekiem był generał Bór. Nigdy nie marzył o awansach, które raz po raz na niego spadały. W chwili wybuchu wojny był znanym jeźdźcem sportowym i miał odejść na emeryturę w stopniu pułkownika. W cztery lata później był generałem dywizji i Naczelnym Wodzem. Gdy jego adiutant "Agaton" (inż. Stanisław Jankowski) meldował mu wiadomość o jego nominacji, zasłyszaną z radia londyńskiego, Bór złapał się za głowę i wykrzyknął: "Zwariowali!"
Tragiczne polskie losy sprawiły, że w końcowych dniach lipca 1944 r. znalazł się w sytuacji, w której każda decyzja była zła, bo prowadziła do katastrofy innego rodzaju. Kiedy Pełczyński rozmawiał ze mną przed Powstaniem, nie miał żadnych złudzeń, co ich czeka po zajęciu miasta przez Sowietów. Gdy Powstanie skończyło się klęską, doszczętnym zniszczeniem stolicy i śmiercią blisko 200 tysięcy ludzi - ani on, ani Pełczyński nie usiłowali jednym słowem przerzucać odpowiedzialności albo dzielić się z nią z innymi. A mogli byli to uczynić wskazując palcem na premiera S. Mikołajczyka albo Naczelnego Wodza, gen. K. Sosnkowskiego, który nie wydał nigdy jednoznacznego rozkazu. W chwili klęski i niewoli zachowywali się obaj Generałowie z największą godnością i do końca życia bronili swej decyzji.
Generał Komorowski nie uważał się za wojskowego lub politycznego geniusza. Jego decyzje w sprawach wielkich i małych dyktował mu instynkt albo raczej niezwykła prawość charakteru i żarliwy, kryształowy patriotyzm. Ten patriotyzm nie pozwalał mu nigdy widzieć własnego "ja". Był zawsze gotowy wyrzec się wszystkiego w służbie ojczyzny. Takim pozostanie w mojej pamięci.
Wstęp do albumu
Gen. T. Bór
-Komorowski,
Londyn 1994
O godne pochowaniep
ostatniego króla Polski
Na wstępie pragnę pogratulować Pani Annie Starak znakomitego pomysłu wznowienia po dwustu latach królewskich obiadów czwartkowych i podziękować za zaproszenie. Nie lada to zaszczyt znaleźć się tu, w Królewskich Łazienkach, w pobliżu Sali Stołowej Pałacu na Wyspie w towarzystwie takich luminarzy, jak Ignacy Krasicki, Adam Naruszewicz, Stanisław Trembecki, Józef Wybicki i kilkunastu innych poetów i pisarzy wieku oświecenia, a przede wszystkim samego Króla Jegomości. Mówię tak, bo wydaje mi się, że duch Stanisława Augusta i jego współbiesiadników jest dziś wśród nas obecny. Nie zacznę, jak oni wonczas zwykli to czynić, od facecji, które miały wprowadzić lekki, swobodny nastrój. Chcę zabrać głos w sprawie wielkiej krzywdy, wielkiej historycznej niesprawiedliwości, wielkiego ludzkiego dramatu ostatniego monarchy Rzeczpospolitej.
Przez 140 lat Stanisław August spoczywał zapomniany w krypcie kościoła św. Katarzyny w Petersburgu, w mieście, w którym życie zakończył jako honorowy więzień cara Pawła. Nikt się o tę trumnę nie upomniał, gdy Rzeczpospolita powróciła do życia i dyktowała bolszewikom warunki pokoju w Rydze. Znalazło się wśród nich postanowienie zobowiązujące Sowiety do zwrotu zagrabionych skarbów kultury polskiej. Ani słowa o przekazaniu szczątków tego, który te skarby gromadził i mnożył. Owszem, Komisja Rewindykacyjna otworzyła królewski grobowiec, by przekonać się naocznie, że po wielkiej powodzi, która zalała niegdyś kryptę, pozostały w pękniętej trumnie już tylko popioły okryte królewskim płaszczem i dwie białe pończochy. Po tych oględzinach zatrzaśnięto kryptę z powrotem na długie lata. Dopiero gdy rząd sowiecki zdecydował się zamienić kościół św. Katarzyny na magazyn i prochom królewskim zagroziła eksmisja na śmietnik - rząd polski zdecydował się je przyjąć.
...
rutkowska-j