LOUISG~1.DOC

(1658 KB) Pobierz
LOUIS GALLET KAPITAN CZART

LOUIS GALLET KAPITAN CZART

PRZYGODY CYRANA DE BERGERAC

3 Tower Press 2000

Copyright by Tower Press, Gdańsk 2000

4

I

O późnym wieczorem jednego z dni październikowych tysiąc sześćset pięćdziesiątego

pierwszego roku z bramy zamku Fougerolles, w prowincji Perigord, wymknął się jeździec

i pocwałował drogą biegnącą wzdłuż rzeki Dordogne.

Ostry wiatr zacinał go jak biczem po twarzy, podróżny wszakże nic sobie z tego nie

czynił. Wytrzymywał odważnie natarcia burzy i krzepko a prosto usadowiony w siodle

przedzierał się naprzód, jak błędny rycerz unieruchomiony w swej zbroi.

Niejeden, widząc go o tej porze i w taką niepogodę na drodze prawie nie uczęszczanej,

pomyślałby, że to zbieg jakiś i hultaj, na cudzy worek dybiący.

W rzeczywistości jednak człowiek ten ani ukrywał się przed nikim, ani też na niczyją

krzywdę nie czyhał.

Po godzinie drogi jeździec skręcił z gościńca na dość wąską ścieżkę pomiędzy dwoma

wzgórzami. Po obu jej stronach rosły gęste krzaki jałowca i tarniny, nie brakło też

drzew, do połowy z liści ogołoconych. Jeździec zwolnił biegu i zacinając batem gałęzie

zwieszające mu się nad głową, głosem czystym, choć niemiłosiernie fałszywym, zaśpiewał

następującą piosenkę, która wówczas była jeszcze wielką nowością.

Opłakana to jest dola nie mieć zdrowia i pieniędzy, lecz gdy biedak zdrów i wesół,

jest bogaczem, mimo nędzy. . . Za Luwr mi poddasze stanie, z płaszcza mam strój i

posłanie. Nie znam, gardząc bogactw marą, co to przed złodziejem trwoga; Pułap jest

moją kotarą, a materacem – podłoga!

! Wydobywszy się z ciasnego przesmyku, śpiewak znalazł się tuż na brzegu rzeki, przy

drodze holowniczej, która zawieźć go miała prosto do przewozu, naprzeciw wioski

SaintSernin.

Spoza szańca wzgórz wysunął się właśnie księżyc. Przy niepewnym jego świetle podróżny

dostrzegł o kilka kroków przed sobą stojącego nieruchomo człowieka.

W rękach tego człowieka błysnęła lufa muszkietu. W chwili gdy jeździec, zdający się

lekceważyć to spotkanie, znalazł się o dwa kroki od nieznajomego, tamten zagrodził

mu drogę.

– Litości, wspaniały szlachcicu! – zawołał głosem żebrzącym. . – Hola! – odparł je

dziec, przedrwiwając. – Zdaje mi się, kochanku, że coś za ciężko obładowałeś się

jak na żebraka!

5 I końcem bata uderzył go po muszkiecie.

– Drogi nie są teraz bezpieczne, , jasny panie! – zauważył tamten tłumacząc się.

. – Ba, , toć chyba nie masz nic do stracenia! – Przeciwnie!

! Po tym niespodziewanym słowie, które jakby nieumyślnie z ust mu wybiegło, ozwała

się ponownie prośba, ale tym razem utrzymana w tonie szyderskiej pogróżki.

– Litości, wspaniały szlachcicu! – Do króćset! ! Sądzić by można, że żądasz raczej

kieski albo życia! – Jeśli waćpan wolisz, , niech i tak będzie! I muszkiet, szybkim

ruchem uniesiony, znalazł się przy piersiach podróżnego. – Ha, ha, argumenty twoje

są bardzo przekonywające! – zaśmiał się ten ostatni. – Ale poczekaj cokolwiek.

W tej chwili odtrącił broń, zeskoczył z siodła i chwycił opryszka za gardło. Trzymał

go tak czas pewien, a gdy spostrzegł, że w tym potężnym uścisku dusić się zaczy-

na, i że z bezwładnej ręki muszkiet mu już wypadł, puścił gardło, a ujął ręce i z

całej siły jął chłostać go batem po plecach.

Nigdy jeszcze najleniwszy i najkrnąbrniejszy chłopiec z bakalarni nie otrzymał tak

energicznego upomnienia.

Zbój osunął się na kolana i błagać zaczął zmiłowania. – Mógłbym ci łeb roztrzaskać,

gdybym był w pasji, lub też zapędzić cię do Fougerolles, aby cię tam obwieszono –

mówił szlachcic. – Dziękuj diabłu, swemu orędownikowi, że cię tym razem puszczę na

wolność. Jednak radzę ci, błaźnie, przypatrz mi się dobrze, abyś brał nogi za pas,

ile razy spotkasz mnie i poznasz. Inaczej za nic nie ręczę!

Opryszek, nie wstając z kolan, podniósł na swego zwycięzcę czarne, przenikliwe oczy

i płomień nienawiści zabłysnął w jego źrenicach, gdy przy bladym świetle księżyca

rozpoznał szydzącą twarz podróżnego. Podróżny nie zaniedbał ze swej strony zapisać

sobie w pamięci ohydnych rysów hultaja, przez które przezierała w tej chwili tłumiona

wściekłość w połączeniu z przemagającym ją bólem.

– Poznam cię, jasny panie – mruknął wreszcie dziwnym głosem. – Pozwól mi teraz odejść.

Podczas gdy fałszywy żebrak dźwigał się z ziemi, rozcierając obite boki, podróżny

podniósł upuszczony muszkiet, ujął go za koniec lufy i wykręciwszy nim kilka młyńców

w powietrzu, cisnął z rozmachem w rzekę.

Zrobiwszy to dosiadł konia i odjechał galopem, pozostawiając napastnika ogłupionego

tą osobliwą przygodą. Stanąwszy u przewozu, huknął na przewoźników i w dziesięć minut

później cwałował już wzdłuż lewego brzegu rzeki.

Uniósł się w strzemionach i wytężył wzrok ku SaintSernin. W najwyższym z domów

sioła płonęło światło, z komina zaś buchał dym rudawy, dym kuchenny, którego widok

przywołał na usta jeźdźca uśmiech zadowolenia.

Był to dom Jakuba Szablistego. Człowiek jednak, co nosił to imię wojownicze, rasę

żołnierską ujawniające, zerwał z przodków swych rzemiosłem. Szablisty zajmował

pokojowe stanowisko proboszcza.

Atletyczne członki duchownego wykreślały się energicznie pod ciasną sutanną, twarz

jego mięsistą, czerstwą, otaczał wieniec czarnego, kędzierzawego zarostu, miał on

minę pewną siebie, głos donośny, siłę i zwinność lwa, mimo to wszystko było jednak

widoczne, że jest łagodny i prosty jak dziecię.

Podczas gdy podróżny przewoził się na promie, proboszcz wyszedłszy do kuchni napędzał

do pośpiechu swą gospodynię uwijającą się przy garnkach i rondlach.

– Joanno, już ósma! – powtarzał niecierpliwie. – Joanno, nie zdążysz ze szczupakiem!

Sawiniusz za kwadrans już tu być powinien.

6 – Słyszałam już to, słyszałam. . . Nie ma o co gwałtować. . . – mamrotała gniewnie

gospody-

ni. – Szlachcic może trochę poczekać. . . dziura w niebie przez to się nie zrobi.

. . A w końcu – dodała głośniej, z ruchem zniecierpliwienia – oświadczam jegomości,

że czy tak, czy owak, nie podam na stół, dopóki wszystko nie będzie zrobione jak

się patrzy. . .

Ironiczny ukłon zakończył tę przemowę, po której wysłuchaniu ksiądz Jakub, przeświad-

czony o swej niższości, opuścił głowę na piersi i drobnym kroczkiem podreptał do

jadalni.

Stół był nakryty. Budzący uszanowanie rząd butelek wychylał omszone główki z kredensu.

Aby baterii tej dosięgnąć, nie trzeba było wstawać z miejsca, wystarczało rękę za

siebie wyciągnąć. Brakło jedynie gościa.

Zegar na wieży wiejskiego kościółka wybił kwadrans na dziewiątą. Jakby w odpowiedzi

zadźwięczał szarpnięty silnie dzwonek u drzwi wejściowych.

– To on! ! – wykrzyknął proboszcz. . Pobiegł do drzwi, otworzył je na całą szerokość

i rzucił się w objęcia przybyłego. – Na mękę i śmierć Zbawiciela! – zawołał ten ostatni,

pozwalając ocałowywać sobie policzki – twoja wieczerza, mój bracie, jest pyszną

rzeczą na dzisiejszą zawieruchę! Z kuchni twej zalatuje zapaszek trufli i dziczyzny,

który sprawia prawdziwą oskomę i daje przeczucie prawdziwie rajskich rozkoszy.

– Siadajmy do stołu, kochany Sawiniuszu! – odrzekł lakonicznie ksiądz, odgadując

stan tego żołądka, podnieconego długą jazdą.

Zdjął z ramion gościa płaszcz, rozwiesił go przed ogniem płonącym wesoło na kominku

i grzmiącym głosem oznajmił Joannie, że tylko na nią oczekują.

Szlachcic zasiadł wówczas naprzeciw proboszcza i obaj biesiadnicy zabrali się żwawo

do należytego uczczenia przygotowanych przez gospodynię potraw, nie szczędząc sobie

wzajem przyjacielskich wynurzeń. Sawiniusz i Jakub byli braćmi mlecznymi, kochali

się jednak jak bracia rodzeni.

– Posłuchaj – odezwał się nagle przybysz, zatapiając nóż w pasztecie aż czarnym od

trufli perigordzkich. – Nie przybyłem do ciebie wyłącznie na wieczerzę. Mam pomówić

z tobą o sprawach wielkiej wagi.

– Jestem do usług twych – odrzekł ksiądz. – Odczytawszy list twój zaraz domyśliłem

się, że musiało zajść coś ważnego. Mów zatem. – Odłóżmy to do wetów, a teraz, jeśliś

łaskaw, przysuń mi tego szczupaka, który ma pozór tak czcigodny.

– Jest to, , mój kochany Sawiniuszu, triumf mojej Joanny. Nieczęsto jada się taką

rybę. – Do licha! ! Czyżby należała ona do istot bajecznych? – Bynajmniej. Jest to

szczupak jednooki z jeziora Fonta, którego proboszcz tamtejszy przysłał mi na uczczenie

kochanego gościa.

– Cudownie! Jednooki czy dwuoki, smakuje przewybornie, a te grz yby z białym winem

czynią go prawdziwie boską potrawą!

Uczta zakończyła się wesoło. Ale zaledwie Joanna zdjęła obrus i postawiła na stole

butelkę likieru z Armagnac oraz przyniosła na błyszczącej metalowej tacce dwa małe

kieliszki, Sawiniusz od razu spoważniał.

Przełknął kilka kropli starego likieru, po czym, wspierając się o stół łokciami i

zatapiając przenikliwe spojrzenie w oczach przyjaciela, rzekł:

– Czy pozwolisz, , Jakubie, abyśmy pomówili teraz o sprawach poważnych?

7

II

Proboszcz skinął głową na znak przyzwolenia, a twarz jego przybrała ten sam wyraz

uroczysty, co twarz gościa.

– Przysiągłeś mi kiedyś, Jakubie – zaczął ten ostatni – że będziesz szczęśliwy, oddając

w potrzebie życie swe na moje usługi.

– Rozporządzaj nim, , przyjacielu. Każdej chwili gotów jestem dotrzymać owej przysięgi.

Ręka szlachcica wyciągnęła się w stronę księdza, który ścisnął ją tak krzepko, że

Sawiniusz nie mógł powstrzymać się od uwagi:

– Do licha! ! Oto dłoń, która nie puści łatwo tego, czego strzec się podjęła! I ruchem

wykwintnym otrząsnął bolące palce. – Masz zatem do powierzenia jakiś depozyt? ? –

zapytał ksiądz Szablisty. – Depozyt drogocenny, którego w potrzebie wypadnie bronić

z zaciętością smoka strzegącego zaklętych skarbów.

Oczy Jakuba zapłonęły. W milczeniu wskazał młodzieńcowi długi rapier wiszący w ciem-

nym kącie izby.

– Rodzinna pamiątka – rzekł z naciskiem. . – Umiem jeszcze jako tako z nią się obchodzić.

. – Ho, ho, pamiętam dobrze, jakie pyszne lekcje szermierki odbierałem od ciebie,

gdyśmy jeszcze obaj byli dzieciakami! Ach, jaka szkoda, że i ty również nie zostałeś

żołnierzem!

– Bóg powołał mnie do czego innego – odrzekł ksiądz, spuszczając oczy, w których

zamigotała błyskawica. – Mów dalej, , Sawiniuszu. Szlachcic zdawał się przez chwilę

namyślać.

– Wolałbym – podjął wreszcie z wolna – wolałbym ci oszczędzić trudów i niebezpie-

czeństw przywiązanych do tego zadania, ale. . . gdzie znajdę duszę tak dzielną i

prawą jak twoja? Gdzie znajdę serce równie szlachetne i godne zaufania, które by

przyjęło powierzoną sobie tajemnicę nie wglądając, jakie jej źródło i co w sobie

zawiera? W podobnej okoliczności mogłem myśleć tylko o tobie.

– Jestem ci za to wdzięczny, , Sawiniuszu. – Posłuchaj zatem. Zlecenie, którym pragnę

cię obarczyć, ja sam otrzymałem od kogoś innego, komu przysiągłem, że je przeprowadzę

pomyślnie. Nieobce ci moje życie, oddane w zupełności burzom losowym i przygodom.

Dziś, jutro lub pojutrze kula czyjaś położyć mnie może trupem albo pchnięcie czyjejś

szpady zapłaci mi od razu za wszystkie pchnięcia, jakie inni ode mnie dostali.

– Niech ci je Bóg przebaczy! ! – szepnął pobożnie proboszcz. – Otóż – ciągnął Sawiniusz

– z moją śmiercią depozyt, który przyjąłem, wpadnie w ręce obce, może obojętne, a

może – co gorsza – takie, którym zależeć będzie na jego posiadaniu. Przypadku tego

lękam się, a ty jedynie możesz mnie od niego zabezpieczyć, wspomagając mnie rozumem

swym i siłą. Gdy już co do tego będę upewniony, niech co chce dzieje się ze mną,

nic mnie już los osobisty nie obchodzi. Umrę spokojny wiedząc, że ty mnie zastąpisz.

– Czy chodzi o testament? ? – zagadnął proboszcz, zdziwiony wstępem tak uroczystym.

Szlachcic uśmiechnął się. – Testament! Mój testament! . . . Alboż myśli się o testamentach,

nosząc całe mienie przy sobie, za przykładem filozofa Biasa? . . .

– Cóż to więc takiego? ? – Już ci powiedziałem. . Spełniam zlecenie dane mi przez

inną osobę.

8 Jakub Szablisty zwrócił na przyjaciela wzrok ciekawy i pytający.

Sawiniusz zrozumiał milczące żądanie. Z kieszeni kaftana wydostał złożony pergamin,

owinięty w zielony jedwab, z wielką pieczęcią, która musiała być świeżo odciśnięta,

zalatywał bowiem od niej jeszcze ostry zapach wosku. Arkusz ten nie nosił żadnego

napisu, pieczęć nie była opatrzona żadnym herbem. Widniały na niej tylko dwie litery

C i B, dziwacznie ze sobą splecione, na tle posianym gwiazdami.

Z pierwszego zatem wejrzenia tajemniczy pergamin niczego nie wyjaśniał zaciekawione-

mu proboszczowi z SaintSernin.

Sawiniusz podsunął dokument pod oczy przyjaciela i dotykając palcem pieczęci, rzekł:

– Jakubie! W tej kopercie zamyka się przyszłość pewnego człowieka, los całej rodziny,

rozwiązanie tajemnicy życia lub śmierci.

– Daj go – wyrzekł z mocą proboszcz. Wyciągnął rękę i wziął cenny dokument. – A teraz

– Sawiniusz przy tych słowach powstał – posłuchaj, drogi Jakubie, czego od ciebie

wymagam. Zatrzymasz ten pakiet u siebie aż do dnia, w którym albo ja sam upomnę się

o niego, albo też dowiesz się na pewno, że umarłem.

– A w tym ostatnim wypadku? ? – zapytał Szablisty ze wzruszeniem. – W tym ostatnim

wypadku złamiesz pieczęć i znajdziesz wewnątrz skreślone moją ręką objaśnienie, co

masz uczynić z innym pismem, również w tej kopercie zamkniętym, a opatrzonym oddzielną

pieczęcią.

– A to objaśnienie? ? – To objaśnienie odczytasz z największą uwagą, gdyż według

niego będziesz mógł wypełnić, punkt po punkcie, moje zobowiązanie. Widzisz stąd,

poczciwy Jakubie, że dopóki Bóg trzymać mnie tylko zechce na tym padole płaczu, twoja

rola smoka nie będzie zbyt ciężką.

– To prawda. . – Ale za to – uśmiechnął się szlachcic, któremu powracał zwykły dobry

humor – spadnie na ciebie kłopotów co niemiara, jeżeli jaki niegrzeczny człowiek

powali mnie o ziemię z sześcioma calami żelaza w piersiach.

– Och, ja myślę, że ten człowiek jeszcze się nie narodził! – wtrącił proboszcz tonem

dodającym otuchy.

– Kto wie! ! Na wszystko trzeba być przygotowanym. Przy tych słowach wypróżnił kielich

do dna z miną człowieka zadowolonego z siebie. – Jeszcze słówko – wtrącił nieśmiało

Jakub. – W przedsięwzięciu tak poważnym nigdy nie bywa się zanadto ostrożnym. Gdyby

kiedykolwiek zjawił się kto, żądając w twoim imieniu zwrotu depozytu, jak mam postąpić?

– Choćby to był król, choćby to był papież – słyszysz, Jakubie? Król lub papież –

odprawisz go z kwitkiem.

– A jeśli zechce użyć siły? ? – Zabijesz go.

. I wymownym spojrzeniem wskazał olbrzymi miecz zawieszony na ścianie. Ani to słowo,

ani to spojrzenie nie zdziwiły księdza. Były to czasy, w których brewiarz i szabla

doskonale godziły się ze sobą.

Jakub poprzestał na ponownym uściśnięciu ręki swego mlecznego brata. Co się tyczy

szlachcica, nie wątpił on już, że może być o swoją sprawę spokojny, ponieważ złożył

ją w ręce człowieka, który mu nie uczyni zawodu.

Zegar kościelny wybił godzinę jedenastą. Sawiniusz odział się płaszczem i zabierał

się do odejścia.

– Już mnie opuszczasz? ? – spytał Jakub. – Tak.

. – Dokąd się udajesz?

?

9 – Tam.

. Sawiniusz wysunął rękę w kierunku okna i pokazał w oddaleniu, po drugiej stronie

rzeki, czarną sylwetkę zamku Fougerolles, wykreślającą się ostro na niebie rozjaśnionym

przez księżyc.

Jakub nie pytał o nic więcej. Wiedział on niewątpliwie, jakie t o sprawy powołują

przyjaciela do zamku.

Poprzestał na zapytaniu: – Zobaczymy się jeszcze?

? – Niezawodnie.

. – Kiedy?

? – Przed wyjazdem do Paryża raz jeszcze wpadnę tutaj, , aby cię uścisnąć. Już od

kilku chwil na dziedzińcu plebanii wierzchowiec szlachcica niecierpliwił się i bil

w ziemię kopytami.

Sawiniusz wyszedł, wskoczył na siodło i raz jeszcze powtórzywszy przyjacielowi swe

upomnienie puścił się galopem w stronę Fougerolles.

III

Gdy ścichł tętent kopyt końskich na krzemienistym gościńcu, proboszcz wrócił do izby

i otworzywszy szafę dębową, stojącą przy łóżku, schował do niej starannie tajemniczy

arkusz pergaminu.

Zrobiwszy to uklęknął i modlił się długo, prosząc Boga, aby wspomagał przyjaciela

w niebezpieczeństwach, które mu zagrażają, a które wydawały się dobremu księdzu

tym straszniejsze, że Sawiniusz pokrywał je zupełnym milczeniem.

Tymczasem jeździec szparko posuwał się naprzód. Dochodziła północ, gdy zatrzymał

konia przed fosą zamku Fougerolles.

Mimo późnej pory nikt z ludzi zamkowych, jak się zdawało, nie spoczywał jeszcze.

Po długich sieniach snuli się pachołkowie ze światłem, służba to kupiła się, rozmawiając

przyciszonym głosem, to znów w smutnym milczeniu przystawała u drzwi wiodących do

pańskich komnat.

Sawiniusz wjechał na dziedziniec, rzucił uzdę jednemu ze służących i szybkim krokiem

pobiegł na schody wiodące na pierwsze piętro. Na ostatnich stopniach spotkał burgrabiego.

– I cóż tam, mistrzu Caprais? – zapytał. – Ach, , drogi panie! – westchnął ów dzielny

człowiek. – Źle, , bardzo źle u nas! Sawiniusz nie słuchał już więcej. Przyśpieszył

kroku i przeskakując po kilka stopni na raz, dostał się za chwilę do komnaty przepełnionej

ludźmi.

W samym środku komnaty stało wielkie, dębowe łóżko, osłonione w połowie ciężką, je-

dwabną kotarą, a na łożu tym umierał stary hrabia Rajmund de Lembrat, pan na Fougerolles

i Gardannes.

Bezkrwista twarz starca odcinała się żółtawą barwą kości słoniowej od matowej bieli

poduszek, ręce, skrzyżowane na piersiach, zdawały się już martwymi, posiniałe powieki

przymknięte były do połowy na przygasłych źrenicach. Jedynie lekkie drżenie ust

wskazywało, że dusza nie opuściła jeszcze w zupełności tego ciała, zmożonego wiekiem

i chorobą.

Kapelan zamkowy klęczał w nogach łoża, odmawiając modlitwy. U wezgłowia stał mło-

dzieniec wyniosłej postawy, z miną również wyniosłą.

Młodzieniec był piękny, ale uroda jego miała w sobie coś brutalnego. Gdy wpatrywał

się w twarz umierającego, oczy jego na chwilę nawet nie zwilgotniały; gdy zwracał

się do służby zapełniającej na klęczkach komnatę, spojrzenie jego było zimne i przenikliwe

jak stal. Silnie

10 zarysowane kąciki ust oraz brwi niezmiernie ruchliwe i nieustannie ściągane kazały

domyślać

się w nim samowładnego i nieubłaganego pana. Żaden z przebłysków dobroci, które błysz-

czały w twarzy starca, przez nadchodzącą śmierć nie zgaszone, nie opromieniał rysów

młodzieńca. Był to syn hrabiego, dziedzic obszernych posiadłości Gardannes, Fougerolles

i Lembrat.

Na widok wchodzącego Sawiniusza młodzieniec odszedł od łoża i postąpił kilka kroków

ku drzwiom.

– Ojciec – rzekł głosem zniżonym – kilkakrotnie przyzywał cię, , kochany Sawiniuszu.

– Zmuszony byłem opuścić Fougerolles na kilka godzin – odpowiedział ów takimże gło-

sem. – Czy hrabia jest jeszcze w stanie słyszeć mnie?

? – Spodziewam się, że tak, jakkolwiek choroba od chwili twego wyjazdu znaczne zrobiła

postępy.

– Zbliż się do łoża, Rolandzie, i oznajmij ojcu moje przybycie. Roland de Lembrat

pochylił się nad ojcem i wymówił imię Sawiniusza. Oczy starca rozwarły się szeroko,

trwożnym spojrzeniem poszukał przybyłego, a dostrzegłszy dał mu znak, aby przystąpił

do łoża.

Sawiniusz posłuchał wezwania. Hrabia ujął jego rękę i widoczne było, że wytęża siły,

aby doń przemówić. W tejże chwili oczy jego spotkały utkwione weń spojrzenie Rolanda.

– Oddal się, Rolandzie – rzekł głosem lodowatym. – I ciebie, ojcze wielebny, proszę,

abyś pozostawił nas samych.

Słowa ostatnie zwrócone były do kapelana. Roland przygryzł usta z widocznym gniewem,

a czoło jego pokryło się czerwonością. Odszedł jednak razem z kapłanem w głębię

obszernej komnaty, dokąd nie mogła już dojść przyciszona rozmowa Sawiniusza z umierającym

hrabią.

– Słuchaj uważnie, , co ci powiem – wyrzekł szeptem Rajmund de Lembrat. . Sawiniusz

pochylił się tak nisko, że ucho jego dotykało prawie ust umierającego. Jakie było

to ostatnie zwierzenie, które wyszeptały stygnące wargi starca – nikt tego nie mógł

odgadnąć. Kiedy jednak Sawiniusz wyprostował się, wszyscy mogli byli dostrzec, że

oczy hrabiego napełnione są łzami. Długo, z wytężoną uwagą, wpatrywał się on w swego

syna, po czym z ust jego wybiegły dla Sawiniusza tylko dosłyszalne słowa.

– I to on ma być spadkobiercą Lembratów? Silniejsze ściśnięcie ręki dało poznać Sawiniuszowi,

że jego stary przyjaciel ma coś więcej jeszcze do powiedzenia. Hrabia próbował unieść

cokolwiek ciężką jak z kamienia głowę i wskazując Rolanda ruchem niedostrzegalnym

dla tamtych, szepnął w samo ucho Sawiniusza:

– Nie spuszczaj uwagi z tego, , przede wszystkim pamiętaj o tamtym!

IV

Szerokie wyłomy, których dokonuje Paryż współczesny wśród swych starych dzielnic,

wydobyły niedawno na jaśnię pewien odwieczny budynek, uważany przez wielu za rzecz

od dawna już nie istniejącą, a bardzo głośny i oblegany przez tłumy w epoce, gdy

Corneille i cała plejada pomniejszych, dziś zapomnianych poetów, uważali za największy

zaszczyt widzieć dzieła swe w nim wystawione. Budynek ten to stary pałac Burgundzki,

w którym aktorowie królewscy dawali przedstawienia, ściągając na nie wszystkich smakoszów

artystycznych z orszaku panującej wówczas Anny Austriaczki.

W tym zbornym punkcie dworskich wykwintnisiów przedstawiano owego wieczora Agry-

pinę, tragedię budzącą wiele hałasu wśród ówczesnych krytyków, którz y dopatrywali

się w niej groźnych napaści na rząd i religię.

11 Widownia pałacu Burgundzkiego była szczelnie zapełniona, tchnienie wojownicze

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin