Lucyna Legut
Ta miłość PRZETRWA
(Dalsze losy bohaterki powieści Miłość trzynastolatki) Kasi Michalskiej i Jej Przyjaciółkom: Gosi, Ani i Hani
Projekt okładki Lucyna Legut Opracowanie graficzne 101 Druk Studio Poligrafii Reklamowej Redakcja Danuta Sadkowska Korekta Joanna Pietrasik Copyright by Lucyna Legut ISBN 83-87463-53-1 Wydanie I Wydawnictwo Akapit Press 90-368 Łódź ul. Piotrkowska 182 tel. (O 42) 636-12-14 www.akapit-press.com.pl e-mail: info @ akapit-press.com.pl Druk: "POLIGRAFIA" Sp. z o.o. 98-200 Sieradz, ul, 23-go Stycznia 14/16 tel. (0-43) 822-40-71
Rozdział I
Minęło dopiero pięć minut, a ja już tęsknię Na miłość boską! Co ja robię w tym stalowym ptaku? Cały świat jest tam, w dole! Cały mój świat! Grzesiek stoi i moknie na deszczu, a ja sobie fruwam jak gdyby nigdy nic... Mylicie się! To nie jest "jak gdyby nigdy nic", to jest tragedia! Zdecydowałam się na ten wyjazd do Anglii, więc muszę być konsekwentna, choćby mi serce miało pęknąć z żalu za Grześkiem. Nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie, jak go kocham! Oczywiście, że każdy z dorosłych umarłby ze śmiechu; miłość czternastolatki to przecież nic poważnego. Ot, smarkate zauroczenie, które rychło minie. Mylicie się. Moja miłość jest jedyna, szalona i na całe życie! Chce mi się krzyczeć: "Kocham Grześka!". Ale kogo może to obchodzić? Obok mnie siedzi młody czarnoskóry chłopak. Trzeba przyznać, że wściekle piękny. Skąd oni biorą te ogromne, czarne oczy z ciężkimi powiekami? Nie będę z Murzynem rozmawiała o Grześku. Nie, żebym była rasistką czy coś takiego, tylko przecież jego nie mogą obchodzić moje problemy. Zresztą nie znam żadnego z afrykańskich języków. Czytałam książkę Kapuścińskiego "Heban", stąd wiem, że tam każdy szczep mówi po swojemu. To niesłychanie ciekawa i mądra książka. W ogóle książki są cudowną sprawą. Można dzięki nim poznać cały świat, nawet nie ruszając się z domu. A ja z domu wyfrunęłam jak jakiś szalony ptak, który szuka miejsca na założenie nowego gniazda. O nie! Nie zamierzam gdzie indziej budować własnego domu, tylko w moim kraju! W moim mieście! I oczywiście z moim ukochanym Grzesiem. Boże! Gdyby ktoś był w stanie zajrzeć
w głąb mojego serca... Tam kipi wulkan uczuć! Chciałabym natychmiast umrzeć z miłości! Westchnęłam przejmująco i z oczu spłynęły mi łzy. Czarnoskóry chłopak spojrzał na mnie i odezwał się najczystszą polszczyzną: - Nie trzeba rozpaczać. Wszystko będzie dobrze. Zdębiałam! Daję wam słowo! Pomyślałam, że może mi się to śni, ale sen czy nie sen, chłopak podał mi swoją chusteczkę i powiedział: - Warto wytrzeć nos. Zwłaszcza taki ładny nosek. - Jakim cudem mówi pan tak dobrze po polsku? - zapytałam, wycierając nos. - Mów do mnie: Charles - odpowiedział. - Tak mam na imię. Jestem z Gwadelupy. Studiuję w Akademii Muzycznej w Gdańsku. - Coś podobnego? - zdziwiłam się i ucieszyłam. - Moja mama jest aktorką i uczy przyszłych śpiewaków aktorstwa, właśnie w tej akademii. Jak wiesz, nie wystarczy mieć piękny głos, trzeba także umieć, jak mówi moja mama, wyrazić swój śpiew, dać mu sceniczny wyraz. - Od razu wiedziałem, że cię skądś znam! - ucieszył się Charles. - Jesteś bardzo podobna do matki. Twoja mama jest piękną artystką, a ty jesteś piękną dziewczynką. - Nie jestem już dziewczynką - sprostowałam. - Jeżeli chcesz wiedzieć, jestem zakochana, i to poważnie. Wcale nie jak dziewczynka. Mam zamiar wyjść za mąż za chłopca, którego kocham. - To wydaje mi się całkiem prawdopodobne - odpowiedział Charles. - Kiedy wychodzisz za mąż? - Jeszcze tego nie uzgodniliśmy - odpowiedziałam. - Najpierw muszę skończyć szkołę i studia. Ale kilka lat nic dla nas nie znaczy. W miłości czas się nie liczy. Dawniej, gdy rycerze szli na wojnę, ich narzeczone czekały na nich nawet kilkanaście lat. Wojny bywały długie, jeżeli orientujesz się w historii... - Wiem - odrzekł. - Gdyby to ode mnie zależało, nigdy nie byłoby wojen! - wykrzyknęłam. - Ja też nie chciałbym wojen. Nawet gdybym był królem - powiedział Charles. - Ale my o tym nie decydujemy. Tak się zagadałam z Charlesem, że przez chwilę zapomniałam o swoim wielkim zmartwieniu, o tragicznym rozstaniu z Grześkiem. Nawet nie wiem, kiedy dolecieliśmy do Londynu. Przyrzekłam Charlesowi, że po powrocie do Polski spotkam się z nim, ale zaznaczyłam, że to będzie wyłącznie koleżeńskie spotkanie, bo jak wspomniałam wcześniej, jestem zakochana na śmierć i życie w moim Grześku. Charles, mimo że dobrze mówił po polsku, miał trudności z wymówieniem imienia Grześka. Śmieszny ten Charles. Gdy wysiadał z samolotu, zauważyłam, że ma przepiękne, długie nogi. Ale co mnie to może obchodzić? Grzesiek ma także długie nogi. Zresztą kocham Grześka, a nie Charlesa, choćby Charles miał nogi aż do samego nieba. Boże! Więc jestem w Anglii. Natychmiast muszę napisać list do Grześka! Ani sekundy nie mogę żyć bez niego! Rozdział II Lotnisko Gatwick - list plonie od milosci Więc jestem w Anglii. Charles pomógł mi nie oszaleć z rozpaczy. Nawet nie wiedziałam, że lecę, że jestem coraz dalej od Grześka. Teraz jestem tutaj, na lotnisku w Gatwick, a Grzesiek jest o tysiące kilometrów oddalony ode mnie. Z tafli lotniska frunie się windą w górę, do pomieszczeń, gdzie odbywają się odprawy pasażerów. Pełno tu kiosków z pamiątkami, sklepów i sklepików ze wszystkim. Są kawiarnie, poczekalnie i już. sama nie wiem co. Wchodzę do pierwszej napotkanej kawiarni i zamawiam sok pomarańczowy. Wyjmuję z plecaka papier i kopertę. Tego zabrałam najwięcej! Ubierać się mogę w byłe co, ale muszę mieć mnóstwo papeterii, aby każdego dnia pisać do Grześka. Wyznam mu całą moją oszalałą miłość. W rozmowach nie mogłam tego zrobić; czułam się skrępowana i w ogóle, będąc z Grześkiem, nie bardzo
rozumiałam, co się ze mną dzieje. Teraz, gdy będę pisać, będę miała czas zastanowić się, co mu naprawdę chcę powiedzieć. Ale czy słowa potrafią wszystko wyrazić? Czy istnieje na świecie jakakolwiek możliwość wyjawienia szalejących w człowieku uczuć? Tego nie można ani wypowiedzieć, ani opisać. A przecież Grzesiek musi odczuć, jak bardzo go kocham... Przede mną stoi szklanka z sokiem pomarańczowym. Odsuwam ją lekko i rozkładam kartkę papieru. Łapię się na tym, że przygryzam koniec długopisu. Zawsze tak robię, gdy się nad czymś głęboko zastanawiam. Zaczynam pisać. Oto mój pierwszy list do Grześka: Lotnisko w Gatwick. Kawiarnia. Ani kawałka słońca... Grzesiu! Czy widziałeś kogoś, komu pękło serce? Gdybyś spojrzał na mnie, wiedziałbyś, ze to właśnie stało się ze mną. Ciebie tu nie ma. To idiotyczne! Nie wyobrażam sobie, abym mogła żyć, nie mając nadziei, że za chwile, a jeśli nie za chwilę, to jutro, mogę Cię zobaczyć. Oczywiście widzę Cię, ale tylko oczyma miłości. Chciałabym dotknąć Twojej ręki, poprawie Twoje włosy, które spadają na czoło, gdy zawieje wiatr. Nic nie mówić, tylko iść, iść obok Ciebie. Wszystko jedno gdzie byśmy poszli; do naszego zacisza nad morzem czy do parku w Oliwie, czy do oliwskiego ZOO. W każdą niedzielę będę słuchała w radiu rozmów pana Janka Tomaszewskiego z dyrektorem ZOO. Uwielbiam te rozmowy! Nie tylko modre, ale i zabawne. Czy wiesz, że moja mama osobiście zna pana Janka? Bo on oprócz tego, że prowadzi rozmowy o zwierzętach, jest także, a raczej przede wszystkim kompozytorem. Boże! Jak ja nie potrafię trzymać się jednego tematu... Miałam przecież mówić o miłości do Ciebie! Nie wiem, jak Ci wyrazie moja miłość! Nie powiem zwykłego: "kocham Cię". Te słowa przestały cokolwiek znaczyć. Ci, którzy to ciągle powtarzają, wcale nie kochają. To już się stał taki zwrot, jak: "dzień dobry" albo "co słychać?'. Nie będę więc mówiła, ze Cię kocham, chociaż tak jest naprawdę. Wyrażę moje uczucia w inny sposób, a Ty zrozumiesz, o co chodzi. Grzesiu! Z Tobą mogłabym pleść wiklinowe koszyki i byłabym szczęśliwa. Bez Ciebie każdy dzień jest pusty, jak oczy, które ktoś wypłakał z żalu. Będę liczyła dni i nizała je na nic pamięci; powstanie naszyjnik, którym można by opasać cały glob ziemski. Przywiozę Ci ten naszyjnik, bo każda w nim perła ma wewnątrz rozżarzony iskrę mojej miłości. Jak tylko się urządzę, natychmiast napiszę do Ciebie następny list. Nie mam pojęcia, jak wygląda miasteczko, w którym znajduje się ta szkoła. Opiszę Ci wszystko dokładnie. Z pewnością nie będę mieszkała sama. Oby tylko nie były to jakieś rozwydrzone dziewczyny. No, zobaczymy... Nie mam zamiaru z góry się zamartwiać. Wiem, że muszę się ostro zabrać do nauki, bo chociaż jestem prymuska w angielskim, to nie to samo, co cały naukę pobierać, słysząc wykłady wyłącznie po angielsku. Dam sobie radę! Pokonywanie przeszkód to moja pasja! Myślę, ze takie samo uczucie maja ludzie, którzy wspinają się na szczyty najwyższych wzniesień. To będzie moje osobiste Mont Blanc! Wiesz, właściwie jestem niezadowolona, że nie zajmowałam się żadna, dziedziną sportu. Gdybym na przykład tańczyła na lodzie... Boże! Jakie cudowne s? te rosyjskie tancerki, które po prostu fruwają na taflach lodu. Gdyby o mnie chodziło, musiałabym fruwać razem z Tobą. Bez Ciebie nie zależy mi na tym, aby być nawet najsławniejszy sportsmenka. Chyba ze Tobie by to imponowało? Ale ja nie chcę Cię zdobywać w 'taki sposób. Chcę, żebyś mnie kochał taka, jaka jestem: zwyczajna dziewczyna, która w dodatku ma, mówiąc między nami, beznadziejne imię. Nie wiem, co moim rodzicom strzeliło do głowy? Jakoś do dzisiaj nie pomyślałam, aby ich o to zapytać. Gdybym sama sobie wybierała imię, znalazłabym jakieś oryginalniejsze, na przykład: Dziwoźona, Temira, Aglaja... Chociaż Aglaja nie; to brzmi jakoś tak, jak rozmazana zasmażka albo rozlane zsiadłe mleko... Ja to mam pomysły! Dobrze, że sama sobie nie wybierałam imienia. A jakie imię Ty wybrałbyś dla mnie? Bo ja dla Ciebie tylko Grzesiek! To jest najpiękniejsze imię, jakie znam! Naprawdę! I bardzo dobrze, ze Charles nie potrafił wymówić Twojego imienia. Ja je mam wymawiać! Nikt inny! A dla mnie brzmi po prostu niebiańsko! Grzesiu! Muszę kończyć, bo przecież kiedyś trzeba będzie dojechać do tego szkolnego miasteczka. Nie mogę zjawić się tam nocą. Sto tysięcy razy całuję Cię! Twoja na zawsze Paulina PS Charles studiuje w Gdańsku. Spotkałam go całkiem przypadkowo w samolocie. Ta znajomość nie ma żadnego znaczenia. P. 9
Rozdział III Uciec stąd, choćby dzisiaj! Miasteczko, w którym znajduje się szkoła, oddalone jest od Londynu o godzinę jazdy pociągiem. Jakoś sobie poradziłam z odszukaniem odpowiedniego dworca kolejowego. Mam dokładną mapę Londynu. Cała rodzina się o to postarała. Dostałam trzy mapy: od taty, od mamy i największą od babci. Babcia nie wierzy mapom. Powiedziała, że u nas w kraju co chwilę zmieniają się nazwy ulic i cudzoziemiec w żaden sposób by się nie połapał, gdyby na przykład miał mapę sprzed roku. A jakiś Amerykanin, gdyby przyjechał teraz do Europy, to w ogóle nie wiedziałby, w jakim kraju się znajduje, bo przecież to, co niedawno było Związkiem Radzieckim, teraz jest wieloma różnymi krajami, nie mówiąc już o Jugosławii, która jest dosłownie w kawałkach, a nie wiadomo, w ile kawałków się jeszcze zmieni za rok czy dwa. Co do Polski, babcia także ma duże zastrzeżenia. Denerwują ją zmiany granic województw. Powiedziała, że się nie może w tym połapać. Ale dlaczego babcia ma się połapać w województwach? Przecież nigdy nie zostanie wojewodzi-ną, więc powinno jej być obojętne, w jakim województwie znajduje się obecnie jej teatr. Babcia mówi, że skoro jeszcze żyje, to musi ją interesować wszystko, co się w naszym kraju dzieje, i ma prawo wyrazić swoje niezadowolenie, ak jak każdy człowiek w wolnym kraju. Moim zdaniem babcia za bardzo się wszystkim ekscytuje, ale może to jest połączone z jej zawodem? Wiadomo, że artyści na wszystko reagują mocniej. Babcia mówi, że artyści mają nerwy zaraz pod skórą. Mnie się wydaje, że to nie jest zbyt naukowe podejście, tylko własne, babcine. Przecież wszyscy ludzie mają nerwy w tym samym miejscu! Ale niech będzie tak, jak chce babcia. Posługuję się mapą Londynu, tą od babci. Na marginesie mapy babcia zanotowała kilka niezbędnych uwag: "Pytaj o wszystko policjanta! To taki mężczyzna w śmiesznej, wysokiej, okrągłej czapce i z paskiem pod brodą. Nie pytaj o nic obcych! Każdy obcy może być bandytą! Pamiętaj, że Anglicy jeżdżą lewą stroną, więc przechodząc 10 ulicą, patrz odwrotnie niż u nas: czyli najpierw w prawo, a potem w lewo! I, na miłość boską, uważaj na siebie!". Jadąc pociągiem, bardzo dokładnie studiowałam mapę, zwłaszcza że w najbliższym wolnym czasie obiecałam sobie wyskoczyć do Londynu i obejrzeć zmianę warty przed pałacem Buckingham. Być w Londynie i tego nie widzieć, to jak być w Rzymie i nie pójść na plac Świętego Piotra, aby zobaczyć Ojca Świętego. Byłam tak zajęta studiowaniem mapy, że zapomniałam obserwować, jakie są za oknem krajobrazy. Zrobiłam to dopiero po pewnym czasie. Nie zauważyłam ani jednego krzaczka słynnych angielskich wrzosów. Przypomniałam sobie różne niesamowite opowieści z kryminalnych książek. Zawsze coś złego się działo właśnie na wrzosowiskach. Babcia zapomniała napisać przestrogę na ten temat, żebym przypadkiem nie zachodziła na wrzosowiska... Schowałam mapę i przymknęłam oczy. Pogrążyłam się w zadumie; jaka będzie moja przyszłość w tym absolutnie obcym świecie? Powinnam była wcześniej się nad tym zastanowić. Jeszcze w domu. Tam wydawało mi się, że jadę po wielką przygodę. Nie wyobrażałam sobie uczucia samotności, które teraz odczuwam. Zupełnie sama. Bez moich bliskich. Zdana tylko na siebie. Boże! Chyba zaraz wyskoczę z pociągu i ucieknę! Nie chcę żadnych przygód! Chcę do mamy! Do taty! Do babci! I do mojego Grzesia! Niech to się wszystko cofnie. Niech nie będzie dzisiaj, tylko jeszcze wczoraj, gdy byłam w domu. Za żadne skarby świata nie ruszyłabym w tę podróż, gdybym czuła to, co teraz czuję. Samotna. Samotna. Samotna. Obca. Obca. Obca. Gdybym miała złotą rybkę, poprosiłabym ją, aby spełniła tylko jedno moje marzenie, by mnie z powrotem przeniosła do domu. Wskoczyłabym w nową, welurową spódnicę, którą oczywiście nabyłam w naszej "ciuchami" przy ulicy Gdyńskiej, i z miejsca pobiegłabym do Grześka. Wiem, że przed domem dłubałby coś przy swoim starym samochodzie, byłby cały umorusany, ale ja nie zważałabym na nic, tylko objęłabym go, choćbym miała zabrudzić swoją nową spódniczkę. Co ja mówię? Nie mogłabym go objąć! No bo jak? Na ulicy? Przy ludziach? Żeby potem ktoś powiedział do mamy: "Ale ta pani córka to zepsuta dziewczyna. Obściskuje się z chłopakiem w biały dzień". Wiem, że mama odpowiedziałaby: "Skoro to robi w biały dzień, to znaczy, że nie ma w tym nic zdrożnego". Ale w domu pewnie by mi 11
zwróciła uwagę, żebym się nie afiszowała ze swoimi uczuciami. Mama uważa, że sprawy intymne są tylko dla nas, a nie dla całego świata. A przecież miłość jest sprawą intymną. Zgadzam się z mamą. Uważam, że afiszowanie się ze swoimi uczuciami jest nie na miejscu. Mnie samą denerwują dziewczyny, które publicznie całują się z chło pakami. One pewnie uważają się za bardzo wyzwolone. Nie wierzę, aby to była miłość, bo miłość nie jest na pokaz. Co mnie to jednak obchodzi? Niech sobie inne dziewczęta robią, co chcą. Ja mam swoje zasady. Myślę, że zawdzięczam je rodzicom. Za oknem ciągle pusto. Bez wrzosowisk. Co ja tu robię?!? Chcę wracać! Nasze wrzosy na Kaszubach są takie piękne. Jeśli się wyjdzie w Lipuszu wczesnym rankiem na wrzosowisko, na tę łąkę za Napiątkami, to widzi się, że jest cała spowita zroszoną pajęczyną. Pajęczyna zniknie dopiero, gdy zaświeci mocniej słońce. Psy jeszcze nie ujadają, bo śpią. W uchylonym oknie starszej pani Napiątkowej lśni pomarańczowa pelargonia, a w ogródku pod oknem spijają poranną rosę wszystkie wiejskie kwiaty. Rosną tam tak, jak chcą. Wymieszane. Wszystkie kolory i gatunki razem. Najpiękniejsze na świecie są ogrody w Lipuszu, a raczej w Karpnie, bo Lipusz to właściwie miasteczko, ale Karpno należy do Lipusza. Kiedyś pojadę z Grześkiem do Karpna. Może to będzie dopiero za kilka lat, ale nie zmieni się tamta łąka z wrzosami za domem państwa Napiątków... A teraz jadę pociągiem, bez wrzosowisk za oknem, i tak mi smutno. Tak mi smutno. Ale powrotu już nie ma. Rozdział IV Dziewczęta z mojego pokoju Trzymam w ręku bloczek z numerem 27. To jest numer mojego pokoju. Idę długim korytarzem. Co chwilę ktoś mnie potrąca. Dziewczęta biegają we wszystkich kierunkach. Niektóre taszczą plecaki i walizy, to te, które właśnie przyjechały do szkoły, tak jak
12 i ja. Tuż za mną dźwiga swoje walizy dziewczyna, wyglądająca jak rusałka; ma długie, jasne włosy i ogromne, zielone oczy, bardzo smutne. Gubi torbę, chce ją podnieść, upuszcza walizę, spada także mały neseserek, który otwiera się, i wysypują się z niego kosmetyki i pluszowa żaba. Dziewczyna przyklęka i zajmuje się wyłącznie żabą; delikatnie, jednym palcem, otrzepuje ją z kurzu. Reszta przedmiotów leży na podłodze. Odwracam się i pytam, czy mogę w czymś pomóc? Rusałka odpowiada, że dziękuje, ale nie trzeba. Właściwie to najchętniej wróciłaby natychmiast do domu... - Znam to - odpowiedziałam i poczułam się nagle bardzo mocna, gotowa natychmiast pomóc słabszej od siebie dziewczynie. - Ja także chciałam natychmiast wracać do domu. Jeszcze jak jechałam tutaj pociągiem - wyjaśniłam i wyciągnęłam do rusałki rękę. - Poznajmy się. Mam na imię Paulina. Jestem Polką. - Polką? - zdziwiła się. - Twój kraj jest gdzieś ogromnie daleko? Prawda? Ja jestem Szwedką. To także daleko, ale chyba trochę bliżej? Mam na imię Greta. Nie podoba mi się moje imię, ale babcia je wybrała. Czy wiesz, gdzie jest Szwecja? - Pytanie! Oczywiście, że wiem! Nawet mieliśmy kiedyś królów szwedzkiego pochodzenia: Zygmunt III Waza, Władysław IV i Jan Kazimierz. Ale mieliśmy także z wami wiele kłopotów. Na przykład słynny "potop szwedzki"... - Potop? - znowu zdziwiła się Greta. - Czy nasze morze wylało i zatopiło was? Teraz ja się zdziwiłam. - Nie uczycie się historii? Nie wiesz, co to był "potop szwedzki"? To był najazd Szwedów na nasz kraj. Ale obroniliśmy się i przepędziliśmy Szwedów. - W takim razie musisz nas nienawidzić? - zaniepokoiła się Greta. - Daj spokój! Kiedy to było!?! Wiele narodów walczy ze sobą, a potem się przyjaźnią. Nie mam nic przeciwko Szwedom. Jeśli chcesz wiedzieć, to moja babcia, która jest aktorką, była kiedyś w Szwecji i zachwycała się waszym krajem. Podobno macie zwyczaj hodować mnóstwo kwiatów, chociaż klimat jest dosyć chłodny. Babcia zachwycała się Góteborgiem, bo tam właśnie teatr z Polski wystawiał sztukę. 13
- No nie! Niemożliwe! - wykrzyknęła Greta. - Ja mieszkam w Góteborgu! To chyba jakieś zrządzenie losu, że się spotkałyśmy! Jaki masz numer pokoju? - Dwudziesty siódmy. - To już absolutnie nieprawdopodobne! Ja mam ten sam pokój! - Greta objęła mnie tak nagle, że o mało się nie wywaliłam i nie podcięłam nóg pędzącej z naprzeciwka dziewczynie. Tamta tylko krzyknęła: - Z drogi, wariatki! - i już jej nie było. Nie miałyśmy żadnych trudności w porozumiewaniu się, każdy przecież mówił tu po angielsku, dobrze, że się tak pilnie tego języka uczyłam. Pozbierałyśmy z Greta jej rzeczy i ruszyłyśmy szukać naszego pokoju. Był tuż za zakrętem korytarza. Stanęłyśmy na chwilę przed drzwiami. Greta przyciskała pluszową żabę do serca. - Och! Lękam się, czy Kermit wytrzyma te wszystkie nowe znajomości? - jęknęła. - Kto to jest Kermit? - zapytałam. - Jak to? - zdziwiła się Greta. - Nie znasz "Ulicy Sezamkowej"? Nie znasz Kermita? - Znam "Ulicę Sezamkową", nie wiedziałam tylko, że ktoś może wyruszać w podróż z Kermitem. - Przyjaźnię się z nim od zawsze. On mi we wszystkim pomaga. Nawet uczy się ze mną. - Rozmawiacie ze sobą? - Oczywiście! - W jakim języku? W żabim? - No wiesz? - obraziła się Greta. - Widzę, że drwisz ze mnie. Czy nie zdarzyło ci się rozmawiać z kimś w myślach? - No tak. Oczywiście - zgodziłam się. - Często rozmawiam w myślach z moim chłopcem. Ma na imię Grzesiek. - Jak?!? Powtórz jeszcze raz! - Grzesiek. - Oszalałaś? Tego w żaden sposób nie da się powtórzyć! - I bardzo dobrze. Nie chcę, aby ktokolwiek inny z nim rozmawiał. On jest wyłącznie mój!
14 - Nie zamierzałam ci go odbierać. Ale ty nie próbuj zaprzyjaźniać się z moim Kermitem. Ten jakiś tam Grrrr... Grrrr... jest tylko twój, a Kermit jest tylko mój! - Nie sprzeczajmy się o naszych ukochanych. Przecież mamy zostać przyjaciółkami. Chyba że się mylę? - Och, nie! Bardzo chcę być twoją przyjaciółką! A to była nasza pierwsza sprzeczka. Myślę, że nie ostatnia. Prawdziwa przyjaźń polega na wzajemnym wybaczaniu. Z naszego pokoju wyszła nagle dziewczyna w okularach i z rumieńcami jak czerwone wiśnie. - Co tu się dzieje? - zapytała. - Ktoś chce sobie urządzić piknik czy podłożyć bombę? - Będziemy tu mieszkały - odpowiedziałam także za Gretę. - Jak się domyślam, ty tu już mieszkasz? - No chyba! Mam na imię Hilda. Jestem z Wiednia. Wchodźcie! Mieszka z nami jeszcze Jane, rodowita Angielka. A wy skąd jesteście? - Ja jestem z Polski, a Greta ze Szwecji - znowu odpowiedziałam za Gretę. - Cóż to? Greta sama nie potrafi mówić? Może jesteś jej tłumaczką? - Nie. Ale czemu ty jesteś taka ważna? - Nie wiem. Taka jestem i już. Będziecie musiały się przyzwyczaić, skoro razem przyszło nam zamieszkać. Założę się, że zechcesz sypiać z tą żabą - zwróciła się do Grety. - Ja sypiałam z misiem, ale tylko do dziesiątego roku życia. W każdym razie nie obawiaj się; nie tknę twojej żaby. Uznaję dziwactwa innych. Zajmijcie łóżka! Te pod oknem są wolne. Ja lecę na "ścieżkę zdrowia". Muszę zrzucić parę kilogramów. Cześć! Hilda wybiegła, a my zabrałyśmy się do rozpakowywania. W ścianie zostały dla nas dwie puste szafy. Każda z dziewcząt miała własną szafkę, własne biurko i krzesło, a przy łóżku nocną lampkę. Na stolikach przy łóżkach Hildy i Jane stały małe radia, a obok leżały słuchawki. To było do przewidzenia, że każda będzie chciała słuchać swojej ulubionej stacji. My także miałyśmy radia ze słuchawkami. Greta położyła Kermita na łóżku. Pocałowała go w łapkę i powiedziała: 15
- Przepraszam cię, Kermi, ale muszę coś zrobić ze swoimi rzeczami. Prześpij się. Jesteś zmęczony po podróży. - Wiesz co? - zwróciłam się do Grety. - Rozpakujmy szybko nasze graty i też się prześpijmy! Tyle miałam emocji, że po prostu padam z nóg! - Ja nie tylko padam z nóg, ale i z rąk, jeżeli można tak powiedzieć... Widziałaś, że nie miałam siły utrzymać nic w rękach. Za pół godziny już spałyśmy. Nawet nie wiem, co mi się śniło, a powinno się pamiętać sny z nowego miejsca, jak mówi moja babcia. Chociaż może lepiej nie pamiętać, bo jeżeli sen był zły? Rozdział V Jesteśmy już w komplecie Zbudziłyśmy się z Gretą równocześnie, gdy nagle wpadła do pokoju Hilda. Sapała i prychała, i cała była czerwona i mokra od potu. Na łóżku naprzeciw siedziała dziewczyna, która była tą czwartą z nas: Jane. Piłowała właśnie paznokcie. Nie przerwała nawet wówczas, gdy Hilda wpadła i zaczęła wykrzykiwać: - Dziewczęta, szykujcie się do kolacji! Musimy szałowo wyglądać! Kto wie, kogo poznamy? Wezmę tylko prysznic i za moment będę gotowa. Umieram z głodu! Poznałyście się już z Jane? Jeżeli nie, to chyba jasne, że to jest właśnie Jane; Piłuje sobie paznokcie jak gdyby nigdy nic, podczas gdy w całym college'u aż kipi. Cóż to za angielska flegma. Jane nie przestawała zajmować się paznokciami. - Nie zachowuj się jak dzikus z epoki kamienia łupanego - powiedziała w kierunku Hildy, nawet nie patrząc na nią. - I przestań mnie nazywać angielską flegmą. To niezbyt wyszukane określenie. Powiedziałabym: bawarski dowcip. Zwyczajne prostactwo. - Dobrze, dobrze. Ale lepsze to niż' nudziarstwo - odgryzła się Hilda. Nie było widać, aby ją uraziły słowa Jane. One chyba już
16 wcześniej się znały i były przyzwyczajone do swoich docinków. Nie wiedziałam, jakie zająć stanowisko w tej sprawie i po czyjej stronie stanąć. Na wszelki wypadek udawałam, że w ogóle nic nie słyszałam; właśnie ściągałam sweter przez głowę. Greta siedziała na łóżku i przyciskała Kermita do piersi. Wyglądała, jakby się miała rozpłakać. Jane odłożyła pilnik i podeszła do nas. - Witajcie! - powiedziała i podała każdej z nas rękę. - Już wiecie, jak mam na imię. A wasze imiona? - Paulina. - Greta. - Czyli wszystko już o sobie wiemy - uśmiechnęła się Jane i wróciła do swojego zajęcia. Hilda chlapała się pod prysznicem. Po chwili weszła do pokoju, trzymając w jednej ręce dres, a w drugiej okulary. Posuwała się wolno, macając przed sobą przedmioty. - Rany boskie! Nic nie widzę! Znowu wlazłam pod prysznic w okularach! Mówię wam, że ja kiedyś źle skończę! Przez okulary! Albo zapominam je zdjąć, kiedy trzeba, albo gdy zdejmę, to za chwilę siadam na nich! Już kilka par w ten sposób połamałam. A dzisiaj w czasie biegania okulary tak mi się zapociły, że wpadłam w ramiona jakiegoś chłopaka! - To był raczej szczęśliwy przypadek - zauważyła Jane. - Czy był piękny? - Pojęcia nie mam! Przecież nic nie widziałam. A poza tym powiedział: "Uważaj, jak łazisz, gapo!". Moim zdaniem to nie była chęć poderwania mnie. - Nie przejmuj się. Tylu mamy chłopaków, że będzie w czym wybierać. A dzisiejsze wydarzenie może ci się nawet przydać. Jeśli sobie upatrzysz chłopaka, możesz zastosować ten sam numer. Najpierw upuścisz okulary, a potem wpadniesz na niego. - Coś ty? Mam narażać okulary na stłuczenie, żeby zdobyć chłopaka? - Wybierzesz odpowiedni moment, gdy będziecie znajdowali się na trawniku. - A jeżeli powie, jak ten dzisiaj? "Uważaj, jak łazisz!" - Nie powie. Przecież zobaczy, że ci spadły okulary. Z całą pewnością je podniesie. Może nawet wytrze chusteczką, no i zacznie 17
się rozmowa. Chyba żeby był jakimś gburem. A wówczas należy się tylko cieszyć, że z miejsca poznałaś się na nim. W ten sposób będziesz miała okazję sprawdzić dobre wychowanie różnych chłopaków. - To nie jest głupie - zgodziła się Hilda. - Przemyślę sprawę. Wszystkie cztery grzebałyśmy w szafach i wyszukiwałyśmy ijładniejsze ciuchy na nasz pierwszy dzień w college'u, Greta upięła /oip Hłncrio >AA-f" ' -.----i ' ' "- "" *.. tiwaz.y u/.ien w college'u, Greta upięła swoje długie włosy w węzeł, ale doradziłam jej, aby nosiła rozpusz czone; były takie piękne! - Och! Mnie nic nie pomoże! - westchnęła Greta. - Mogę mieć piękne włosy, a i tak żaden chłopiec nie zakocha się we mnie. Chyba moim przeznaczeniem jest być osobą samotną. Już tyle razy się kochałam i zawsze bez wzajemności. - Niemożliwe! - krzyknęłam. - Kto był takim idiotą, że odrzucił twoją miłość? - Wszyscy. - Jak to? Mówili ci w oczy, że im się nie podobasz? - No nie... Nigdy z żadnym z nich nie rozmawiałam. - Więc skąd wiedziałaś, że ciebie nie chcą? - Nie zaczepiali mnie, więc chyba mnie nie chcieli. A przecież ja sama nie mogłam ich zaczepiać. Teraz będę wiedziała, jak to się robi. Sprawie sohip nl-nlar , ,"",--"- -- ' - y który mi się spodoba. - Jeżeli jeszcze Paulina -,--.--. , -'r>-"r wieuziata, JBK to się robi. Sprawię sobie okulary i upuszczę je przy chłopcu, który mi się spodoba. - Nie zgadzam się! - krzyknęła Hilda. - Jeżeli jeszcze Paulina zechce podrywać chłopaków na ten sam numer, to ja nie będę miała żadnych szans! Zastrzegam podrywanie na okulary wyłącznie dla siebie! - O mnie możesz być spokojna. Mam swojego ukochanego chłopca - wyjaśniłam. - A dla Grety wymyślimy jakiś inny sposób. - Jest niezły sposób na długopis - odezwała się Jane. - Idziesz z kartką pocztową w ręku i mijając chłopaka, który ci się podoba, mówisz: "Czy mógłbyś mi na chwilę pożyczyć długopis? Zanm-nm-J-,, pożyczyć długopis? Zapomniałam ---..-" ..JJ \iu,ufJia: z-.apomniatam wpisać kod przy adresie". Pod nosem mruczysz nazwisko jakiejś znanej osobistości, powiedzmy sławnego koszykarza, i wpisujesz adres, oczywiście lipny... Żaden chłopak nie oprze się, aby nie zapytać: "Znasz go? Tę wielką sławę?". Wówczas odpowiadasz skromnie: "Och! To mój wujek. Prosił, abym mu zdawała sprawę pobytu tutaj. Jacy są koledzy i w ogóle..." zapytać: skromnie: z pobytu
18 - W Szwecji nie ma sławnych koszykarzy - zauważyła Hilda. - Ale są jacyś inni znani sportowcy... Wyszuka się w prasie popularne nazwisko. To żaden problem. - A co potem? - spytała Greta. - Może zażądać, abym go poznała ze sławnym wujkiem... - Coś ty? Przecież nie pojedzie do Szwecji. A wujek nie będzie dla jego kaprysu przyjeżdżał do naszego college'u. Zresztą gdy się już w tobie zakocha, przestanie go obchodzić wujek. Musisz tylko nauczyć się nawiązywać znajomości. - A kto ciebie tego nauczył? - zapytała Greta. - Nikt. Po prostu jestem inteligentna. Potrafię sama coś wymyślić. - No to, panienki! Zróbmy teraz przegląd urody - zarządziła Hilda. - Proszę stanąć w szeregu i pokazać się! - Komu mamy się pokazywać? - zapytała Greta. - Oczywiście, że sobie. Wszystkie obejrzymy siebie dokładnie i osądzimy, czy dobrze wyglądamy. - Jeżeli moje zdanie się liczy, to wyglądamy doskonale! - po wiedziała Jane. - W każdym razie nie możemy wyglądać lepiej, więc nie ma sensu łamać sobie nad tym głowy. Im więcej przykłada się wagi do swojego wyglądu, tym gorzej się na tym wychodzi. Ważna jest swoboda i naturalność. - Przyznaję rację mojej szlachetnej koleżance - zaśmiała się Hilda. - Ruszajmy na zdobycie najszykowniejszych chłopaków! Trzymając się za. ręce, wyruszyłyśmy do jadalni. Rozdział VI ,Klub Szpinakowych Piękności' W czasie kolacji nie wydarzyło się nic szczególnego. Może tylko to, że spora ilość szpinaku spadła mi z widelca na bluzkę. Nie jestem niezdarą, ale właśnie gdy podnosiłam widelec do ust, Hilda machnęła ręką, aby kogoś z daleka przywitać, i trąciła mnie w łokieć. 19
Nie miałam do mej pretensji, bo przecież nie zrobiła tego naumyślnie Trochę tylko głupio się czułam z zieloną plamą, zwłaszcza że nią zdążyłam sama pozbyć się jej ostrożnie, bo Greta rzuciła się natychmias z pomocą i dokładnie rozmazała serwetką szpinak na mojej bluzce W końcu wszystkie zaczęłyśmy się śmiać i żeby mi zrobić przyjemność reszta dziewcząt wysmarowała swoje bluzki szpinakiem. A Hilda powiedziała: - Panienki! Złączmy wspólnie dłonie! W tym oto momencie zakładamy "Klub Szpinakowych Piękności"! Tym szpinakiem złączyłyś-j my nasze losy. W mafii robi się to krwią, a my zrobiłyśmy tej szpinakiem, i - Chcesz powiedzieć, że zakładamy mafię? - zaniepokoiła się Greta. - Nie trzęś się ze strachu! Szpinakowa mafia to nie to samo co mafia sycylijska. Zresztą powiedziałam przed chwilą, że będziemy "Klubem Szpinakowych Piękności". - Klub to co innego. Taki klub bardzo mi odpowiada - zgodził; się Greta. - Czy będziemy miały jakiś statut? - Bez tego się nie obejdzie. Każdy klub musi mieć swój statut - Jaki będzie nasz? - Nad tym trzeba popracować. Proponuję, aby po powrocie do sypialni każda z nas spisała swoje propozycje. Potem wybierzemy najlepsze i spisze się statut - wyjaśniła Hilda. - W ubiegłym roku miałyśmy "Klub Krótkiej Grzywki" i skończyło się to tak, że mama nakrzyczała na mnie, że sobie zniszczyłam włosy i wyglądam jak oskubany kurczak - powiedziała Jane. - Oczywiście pomysł był Hildy. Nie zdążyłyśmy nawet spisać statutu, bo wszystko się rozleciało. Oprócz mnie i Hildy żadna z dziewcząt nie chciała się oszpecić krótką grzywką. - Bo mieszkałyśmy z dziewczynami, które nie miały fantazji. Teraz będzie inaczej! - Hilda szalenie się zapaliła do pomysłu. - Przyznasz, Jane, że nasze współlokatorki robią wrażenie dziewcząt z fantazją. Zwłaszcza że każda pochodzi z innego kraju. W ubiegłym roku, oprócz mnie, wszystkie byłyście Angielkami, a nie obrażając cię. Angielki nie mają fantazji. - Nie zgadzam się - powiedziałam. - Ja osobiście podziwiam dowcip i fantazję Anglików. Jeśli chcesz wiedzieć, to w telewizji
20 oglądam wyłącznie komedie angielskie. Nikt nie wymyślił czegoś tak świetnego i dowcipnego, jak "Cyrk Monty Pytona" albo "Hallo, Hallo!". I jeszcze kilka przezabawnych seriali, które mogłabym wymienić. Może cię to urazi, ale na przykład niemieckich filmów za skarby świata bym nie oglądała, i to nie przez jakieś uprzedzenia polityczne, tylko uważam, że macie zbyt ciężki dowcip, a raczej w ogóle nie macie dowcipu. - Jak tam chcesz! - obruszyła się Hilda, a potem dodała: - Nie zapominaj, że jestem wiedenką, a nie Niemką. Co prawda, Austriacy także nie grzeszą zbytnim poczuciem humoru, z tym mogę się zgodzić. - Powinnaś teraz wycofać to, co powiedziałaś o Anglikach - nieśmiało zauważyła Greta. - Że nie mają dowcipu. - Zgoda. Anglicy mają dowcip jak licho! Teraz ci wystarczy? W takim razie galopujmy do naszej sypialni i bierzmy się do roboty! Statut jest nam potrzebny natychmiast! Już u siebie w pokoju błyskawicznie zabrałyśmy się do pisania statutu. Panowała absolutna cisza, tylko Hilda pojękiwała, męcząc się nad tak ważnym zadaniem. Domyślam się, że chciała być najlepsza, a zwłaszcza najdowcipniejsza, aby zmienić wizerunek germańskiego dowcipu. Dosyć długo to wszystko trwało. Ta z nas, która skończyła pisać, siedziała cicho, nie przeszkadzając innym. Ostatnia była Hilda. Z takim rozmachem postawiła kropkę, że aż przedziurawiła papier. - Przystępujemy do odczytywania! - zarządziła Hilda. - Zęby było sprawiedliwie, zaczyna Greta, potem jestem ja, następna Jane i na końcu... trudno, tak wypadło z alfabetu... Paulina. Czytaj, Greta! - Pierwszy raz pisałam statut, więc nie wiem, czy to zrobiłam dobrze - usprawiedliwiała się Greta. - Nie marudź, tylko czytaj! - niecierpliwiła się Hilda. - Dobrze. Czytam. Tytuł oczywiście: Statut Klubu Szpinakowych Piękności. l. Nie kłamać. 2. Pomagać sobie wzajemnie we wszystkim. 3. Przyjaciółce oddać nawet ostatnia kokardę do włosów. 4. Nie obrażać się na siebie. 5. Często pisać listy do rodziców. 21
6. Ufać sobie bezgranicznie. 7. Chronić przyrodę. Greta skończyła czytać i przez chwilę zaległa cisza. - I to wszystko? - zdziwiła się Hilda. - Ten statut wygląda ja jakieś przykazania z Biblii. Uszanujemy jednak twoje propozycj< Może coś się z nich przyda. Następna jestem ja. Oto mój statut: l l. Każda członkini klubu obowiązkowo ma zjeść dziennie przynajmnu łyżkę szpinaku, aby nie zapomniała, do jakiego klubu należy. A poza tyn szpinak jest zdrowy. 2. Obowiązkiem klubowiczek jest wyszukiwanie najładniejszych chłopem i dzielenie się nimi; jeśli jednej uda się zdobyć kilku chłopców, a inna ni ma nikogo, to należy odstąpić jej jednego ze swoich, i to nie najbrzydszego bo to żadne poświecenie. 3. Składka klubowa wynosi dwa funty miesięcznie. Po uzbierani odpowiedniej sumy należy ja przeznaczyć na ucztę z lodów. 4. Klubowiczki przenigdy nie używają parasolek, gdyż deszcz jes bardzo zdrowy dla cery. Znakomicie zastępuje wszelkie kremy. 5. Z klubu nie wolno się wypisać, pod kara grzywny. Grzywna wynosi sto funtów!!! - Jeśli o mnie chodzi, to na tym bym skończyła - powiedziała Hilda i złożyła swoją kartkę. - Teraz ja - Jane chrząknęła i zaczęła czytać: l. Członkinie klubu posługują się wyłącznie literackim jeżykiem, bez żadnych wulgaryzmów. 2. Codziennie dbają o scliludny wygląd. 3. Członkinie obowiązuje wierność, jak w małżeństwie. Zawarcie przyjaźni z inna dziewczyna będzie uważane za zdradę. Natomiast przyjaźń z chłopcem nie stanowi grzechu. 4. Ufać sobie wzajemnie i wspierać się rada. 5. Dbać o paznokcie, ponieważ ręce są ozdoba kobiety. - Nic więcej nie wymyśliłam - powiedziała Jane. - W takim razie teraz ja! - zaczęłam czytać swoje punkty: l. Każda członkini klubu jest osoba nie tylko pogodna, ale wręcz roześmiana! Wiadomo przecież, ze "śmiech to zdrowie'! 2. Obowiązkiem klubowiczki jest powiedzieć codziennie cos zabawnego. Może to być opowieść z życia, byle była śmieszna.
22 3. Nie narzucamy się sobie i mamy prawo do zachowania wyłącznie dla siebie spraw, o których nie chcemy mówić. Jest to prawo do intymności przynależne każdemu wolnemu, a zwłaszcza kulturalnemu człowiekowi. 4. Szanujemy swoja indywidualność i nie staramy się kształtować wzajemnie na jeden wzorzec. 5. Klubowiczki witają się umówionym pozdrowieniem, które brzmi: "Szpinak jest treścią życia!". Skończyłam czytać. Teraz miałyśmy się zastanowić, które ze wszystkich czterech propozycji wybierzemy. Greta powiedziała: - Nie wiem, czy mam rację, ale tak mi się wydaje, że sprawiedliwie będzie, jeżeli po prostu zostawimy wszystkie punkty. - Greta ma absolutną słuszność! - krzyknęła Hilda. - Tak będzie sprawiedliwie. Bierzemy wszystko, jak leci! Co wy na to? Oczywiście zgodziłyśmy się. Pozostawała tylko sprawa, kto przepisze ten długi statut. Powinien być spisany ręcznie, dla większego znaczenia, tak wspólnie uznałyśmy. Greta zgłosiła się, mówiąc, że lubi kaligrafować. Hilda aż podskoczyła. - Wiecie co? Teraz przyszło mi do głowy, że kiedy będziemy opuszczały szkołę, wsadzimy ten statut do butelki i zakopiemy w parku pod największym drzewem. Za tysiąc lat drzewo runie i naukowcy znajdą butelkę ze statutem. To będzie coś jak odkopane szczątki kultury Majów! Och! Jakie to genialne! Powiedzmy teraz nasze klubowe pozdrowienie! "Szpinak jest treścią życia!" - krzyknęłyśmy zgodnym chórem i wyczerpane wrażeniami padłyśmy na łóżka. Tylko Greta usiadła przy swoim stoliku. Wzięła Kermita na kolana, powiedziała mu coś na ucho i zabrała się do kaligrafowania statutu "Klubu Szpinakowych Piękności". A potem nadeszła noc.
23
Rozdział VII List od mojej polonistki Zbudziłam się wcześnie rano. Wszystkie dziewczęta jeszcze spały. Greta miała oczy przykryte kolorowym jedwabnym szalikiem. Kermit leżał na podłodze obok jej łóżka; widocznie w nocy wypadł z jej objęć. Wstałam i schyliłam się, aby podnieść Kermita. Zauważyłam, że spod drzwi wystaje rożek koperty... Położyłam Kermita blisko twarzy Grety, delikatnie, nie chcąc jej zbudzić, i na palcach podeszłam, żeby wyciągnąć kopertę. Patrzyłam zdumiona. Koperta była adreso wana do mnie. Nie mogło być żadnej pomyłki. Moje imię i nazwisko, i adres szkoły. Brak tylko numeru pokoju. Jasne! List był z Polski. Nikt nie mógł wiedzieć, w jakim pokoju będę mieszkała. Ktoś z biura przyniósł ten list wcześnie rano, a może nawet w nocy. Oni wiedzieli, który jest mój pokój. Tylko dlaczego tak się spieszyli z doręczeniem listu? Może pomyśleli, że jest w nim jakaś bardzo ważna wiadomość? To był list lotniczy. Przeczytałam na odwrocie nadawcę; list od mojej ukochanej pani polonistki! Czyżby szkoła runęła beze mnie? Bo dlaczego pani Bożenka wysyłała do mnie list, jeszcze zanim się tutaj zjawiłam? Nie było sensu zastanawiać się nad powodem, trzeba po prostu przeczytać. Wszystkiego się dowiem z listu... Cichutko roz darłam kopertę i zabrałam się do czytania. Ach! Pani Bożenka jest po prostu cudowna! I jak dobrze mnie zna! Domyśliła się, że może będę osamotniona na samym początku. List miał mi pomóc i dodać otuchy. Oto jego treść: Paulinko! Podporo naszej szkoły! Jesteśmy tutaj dumni z Ciebie, ze właśnie Ty zostałaś wybrana, aby reprezentować nasza szkole. Zrobisz to wspaniale! Nikt w to nie wątpi. Pomyślałam, że może będzie Ci smutno na samym początku, i postanowiłam odrobinę Cię rozweselić. Wiesz, ze jestem zbieraczka dowcipów z zeszytów szkolnych. Nieraz wam czytałam, jakie zabawne bzdury niektóre dzieciaki wypisują w wypracowaniach. Dzisiaj spisuje
24 dla Ciebie trochę tych dziecięcych bazgrołów. Jeżeli czujesz się osamotniona z dala od domu i Twojej szkoły, przeczytaj, a zapomnisz przez chwile o smutkach. Oto te rozkoszne idiotyzmy: ~ Ludzie pierwotni mieli narządy z kamienia. ~ Głogowianie lali gorąca smołę na drapiących się Niemców. - Amerykę odkrył niejaki Colombo. ~ Rejtan, nie chcąc dopuścić do rozbioru Polski, stanął w drzwiach i sam się rozebrał. ~ Harem był to człowiek posiadający zbiór kobiet. ~ Ksiądz Robak ukazuje siebie jako marnego procha. ~ Po zebraniu makulatury sprzedaliśmy jq razem z panią. ~ Całymi dniami pili po nocach. ~ Starzy ludzie poumierali i w ten sposób zlikwidowano analfabetyzm. ~ Samouk to ten, za którego lekcji nie odrabiają rodzice. ~ Przez pamięć do Jacka Soplicy nazwano jego imieniem wódkę. ~ Poeta przez długie lata gładził swój jeżyk. - Boryna obudził się martwy. ~ Kwas siarkowy ma wartości rżące. - Na ilustracji widzę Natenczasa Wojskiego, jak dmie w róg. ~ Rejtan leży w białej koszuli rozpiętej pod drzwiami. - Dunkan obudził się rano nieżywy. ~ Na łonie śmierci Jacek Soplica prosił Klucznika i Gerwazego, aby mu przebaczyli zbrodnie. Nie byłam w stanie dokończyć listu. Gdy przeczytałam, że "Boryna obudził się martwy", tak głośno się roześmiałam, że wszystkie dziewczęta podskoczyły na łóżkach. - O rany! Jedna z nas zwariowała! - krzyknęła Hilda. - Gdzie moje okulary? Jeżeli ona ma nóż w ręce, to ratuj się kto może! - W środku nocy budzić człowieka! - jęknęła Jane i padła z powrotem na posłanie, przykrywając głowę poduszką. - Gdzie ja jestem? Co się stało? - nieprzytomnie zapytała Greta, przyciskając mocno do twarzy Kermita. - Kermi, kochanie, czy przypadkiem nie boli cię brzuszek? Nie przestawałam się śmiać. - Przepraszam was! - wyjąkałam w przerwach między wybuchami śmiechu. - Dostałam list od mojej polonistki... Och! Nie mogę! 25
Spisała mi dowcipy z zeszytów szkolnych! Aż się spłakałam ze śmiechu! Nie macie pojęcia, co dzieciaki potrafią wypisywać! - Co? Jak? Jaki list? W nocy był tu listonosz? - dopytywała się Hilda. - Twoja nauczycielka spisuje dla ciebie jakieś dowcipy i przysyła nocą listy z tymi dowcipami? Absolutnie nic z tego nie rozumiem! - Ktoś wsadził list pod drzwi - wyjaśniłam. - Może to nie było w nocy. Może przed chwilą. Właśnie zbudziłam się i zobaczyłam ten list w szparze drzwi. Przepraszam, ale naprawdę nie mogłam się opanować. - Żądam, aby wszyscy natychmiast wrócili do łóżek! - krzyknęła Jane. - Muszę dospać noc! Jak ja rano będę wyglądała? Z pewnością porobią mi się worki pod oczyma po nieprzespanej nocy! - Już jest rano - zauważyłam. - A ja patrzę na ciebie i widzę, że nie masz żadnych worków. Jesteś śliczna jak zawsze. - Co to znaczy "jak zawsze"? - zapytała już trochę udobruchana Jane. - Nie znasz mnie od zawsze, więc nie możesz wiedzieć, jak zawsze wyglądam. Co prawda, nigdy jeszcze worków pod oczyma nie miałam, ale kiedyś może się to zdarzyć. Zwłaszcza jeżeli będziemy dłużej mieszkały z taką szaloną dziewczyną, jak ty. Czy każdej nocy będą ci przynosili listy? Boże! Cóż to za kraj, ta Polska? Pewnie tam nikt nie sypia nocą. Dajcie mi pospać! Błagam! Mam ważny sen do dośnienia... - Mamy jeszcze godzinę na sen - powiedziała Hilda, patrząc zmrużonymi oczyma na zegar. - Chociaż nie jestem pewna... Nie chce mi się sięgać po okulary. - Godzinę i dziesięć minut - jęknęła Jane. - Greta! Zabierz Paulinie list! Ona znowu zacznie się śmiać! Drugi raz nie pozwolę przerwać sobie przecudnego snu! - Już dobrze. Chowam list pod poduszkę. Skończę czytać po śniadaniu. Przepraszam. To się już nigdy nie powtórzy - powiedziałam i zawinęłam się w kołdrę. Za chwilę dziewczyny już spały. Greta przewróciła się na bok i Kermit znowu znalazł się na podłodze. Wychyliłam się z łóżka, zabrałam Kermita i ostrożnie ułożyłam go w zgiętym ramieniu Grety. Byłoby jej przykro, gdyby się zorientowała, że tej pierwszej nocy niezbyt o niego dbała. Oczywiście nie z własnej winy. Po prostu
26 była zmęczona nadmiarem wrażeń. A ja z nadmiaru wrażeń nie mogłam spać. Cieszyłam się, że czeka mnie dalszy ciąg listu. Dobrze, że go w całości nie zdążyłam przeczytać. Niedługo dowiem się, o czym jeszcze pisze nasza kochana pani od polskiego. Ona jest taka mądra. Wiedziała, że będę nieszczęśliwa tego pierwszego dnia w dalekim kraju i w obcej szkole. Ale nie było tak źle. Już zaczynałam się przyzwyczajać. Rozdział VIII Żółte skarpety Po godzinie zbudził nas energiczny głos Hildy. Stała na środku sypialni, podparta pod boki, i wykrzykiwała: - Panienki! Skończyły się czarodziejskie sny! Zaczyna się szara rzeczywistość! "Klub Szpinakowych Piękności", ustawić się w szeregu i naprzód marsz po umundurowanie! - Hilda zwariowała - próbowałam się przewrócić na drugi bok, ale Hilda chwyciła mnie za bluzę od pidżamy i mocno mną tarmosiła. - Co ty sobie myślisz? Że przyjechałaś tutaj, aby się wyspać za wszystkie czasy? Tu masz zdobywać wiedzę! A zdobywa się ją w umundurowaniu! Dzisiaj rozpoczynamy naukę i nie wyobrażaj sobie, że wejdziesz na salę w prywatnych ciuchach! Mundur! Mundur, skarbie! Bez munduru nie jesteś stypendystką CHRISTS HOSPITAL! Po to król Edward VI opróżnił skarbiec, aby zdolne sierotki nie tylko mogły się uczyć, ale i nosić mundury, osobiście naznaczone piętnem najwyższego majestatu! - Absolutnie nie rozumiem, o czym mówisz - powiedziałam, siadając na brzegu łóżka. - Jakie sierotki? My nie jesteśmy sierotkami. W każdym razie ja nie jestem. - Nic nie szkodzi. Taki był początek college'u. Osobom o przyciemnionym umyśle służę krótkim rysem historycznym. Zacznijmy od 27
początku... Otóż był sobie król Edward VI, a działo się to w Roku Pańskim 1552. I ten król był dziwnym człowiekiem, czego wielu ówczesnych ludzi nie mogło zrozumieć. Zwłaszcza ci najbogatsi nic a nic nie rozumieli, jako że nie lubili wydawać pieniędzy na kogoś innego niż oni sami... - Jeżeli będziesz się tak rozgadywała, to nigdy nie skończysz - zauważyła Jane. - Ty nie zabieraj głosu, ponieważ znasz historię Anglii. Natomiast te damy najwyraźniej niezbyt dobrze ją zgłębiły. Dlatego postaram się przelać część mojej wiedzy w ich nieświadome czerepy. Otóż, drogie panie! Najjaśniejszy Pan, Król Edward VI, rzucił okiem, oczywiście własnym, czyli królewskim, na Anglię i spostrzegł, że oprócz bogactw istnieje nędza, głód, choroby, bezdomni, umierający na śmietnikach ludzie, okaleczeni starcy, wałęsające się brudne dzieci, przeważnie sieroty, o których nie można było powiedzieć, że mają szansę zdobyć jakąkolwiek wiedzę, skoro nie potrafiły zdobyć nawet skórki spleśniałego chleba, wyrzuconego przez bogaczy na śmietnik. Wszystko zawrzało w sercu Najjaśniejszego Pana, a stało się to pewnego dnia 1552 roku, ale najstarsi ludzie nie pamiętają, o której to było godzinie... W każdym razie po tym wybuchu żalu w królewskim sercu n...
rutkowska-j