LEGUT.DOC

(282 KB) Pobierz
Lucyna Legut '

Lucyna Legut '

 

Zocznijmy od pomidorów

 

Dedykuję Maciejowi Nowakowi

 

Lucyna Legut

Zacznijmy od pomidorów.

(Wspomnienia)

Projekt okładki Róża Buczkowska Zdjęcia ze zbiorów prywatnych Autorki Redakcja Danuta Sadkoirska Korekta Joanna Pietrasik © Copyright by Lucyna Legut ISBN 83-87463-65-5 Wydanie I, Łódź 2000 Wydawnictwo Akapit Press

90-368 Łódź ul. Piotrkowska 182 Ć tel. (O 42) 636-12-14 www.akapit-press.com.pl e-mail: info@akapit-press.com.pl Druk: "Poligrafia" sp. z o.o. 98-200 Sieradz, ul. 23-go Stycznia 14/16

 

Zacznijmy od pomidorów...

Jeśli o mnie chodzi, to odradzam czytanie tej autobiografii. Nawet biografie nie bywają prawdziwe, bo ktoś, kto pisze czyjąś biografię, patrzy na obiekt swoich zainteresowań własnym spojrzeniem. Jeżeli obiekt jest już dojrzałym nieboszczykiem, nie może się nawet sprzeciwić, gdy niemal wszystko się nie zgadza. W autobiografii biograf jest oczywiście pochlebcą dla siebie, czyli także wszystko się tu nie zgadza, Maciej Nowak zmusił mnie do napisania tej biografii. Pilnuje mnie jego prawa ręka - Irena Olender. Chyba się nie wywinę i będę musiała napisać. O co tym ludziom chodzi, nie mam pojęcia. Oni mnie po prostu widzą oczyma biografów, czyli jako kogoś ważnego. Nic z tych rzeczy! Jestem tak zwyczajną postacią, jak zelówka na zdartej podeszwie. A tej najprawdziwszej prawdy o sobie, która mogłaby zainteresować na przykład psychiatrów, z pewnością nie powiem. To tylko ci prymitywni Amerykanie na sesjach psychoterapeutycznych wywalają na wierzch wszystkie najpaskud-niejsze bebechy swego ego. Nie ma co liczyć na moją spowiedź. Potraktuję wybiórczo moje zwierzenia. Może nawet trochę nakłamię, a zwłaszcza pominę niektóre wydarzenia, które mogłyby stanowić pochwałę pijaństwa i rozwiązłości. Igor Michalski, mój przyjaciel, ciągle mnie namawia, abym opisała wszystkie wydarzenia związane z gorzałeczką. Nie mogę tego zrobić. Ktoś mógłby próbować brać ze mnie przykład, jako że czasem bardzo śmiesznie bywało. Odradzam picie, choćby najweselsze - kac potem jest straszliwy. Nie opłaca się. Ze mną było tak...

 

Ale zacznijmy "od pomidorów"... Tu dygresja: nasza matka kiedyś chciała mi opowiedzieć o pewnej historii związanej z sąsiadką, a że była bardzo dokładna, zanim doszła do pointy, omówiła wszystkie mało ważne fakty, które poprzedziły ową historię, czyli to, że sąsiadka najpierw poszła kupić pomidory, potem z tymi pomidorami wstąpiła do mamy... i tu dopiero nastąpiło właściwe opowiadanie. Mama więc powiedziała: - Opowiem ci, jak ta głupia Zośka pokłóciła się ze swoją matką o ćwierć kilo cukru... Ale zacznijmy od pomidorów... Wśród moich bliskich znajomych znane jest to porzekadło i zezwalam każdemu, komu się to spodoba, aby posługiwał się nim. Zatem zacznijmy od pomidorów... Czyli zacznijmy od naszej matki. Przytoczę teraz fragmenty rozdziału z książki "Nasza zmierzchowa mama" (autentyczna opowieść naszej matki, nagrana na magnetofon, a potem przepisana). Tytuł rozdziału: "Dom z różami za oknem, zupa wodzianka, a do studni chodziło się w zimie boso". Nasz dom był taki: byle jaki, wiejski. Gospodarka prawie żadna, bo mama tylko cos tam w polu zrobiła/a ojciec prawie nic. Stolarzył, ale tez nie bardzo, tyle tylko, żeby instrumenty zrobić do grania, no i chodził grywać z ta swoja kapela. Najwięcej po weselach grywali. (...) A jak ojciec chodził z muzyka, na wesela, to na końcu po weselu gospodyni dawała zawsze muzykantom po ćwiartce placka. Tam się piekło na łopacie takie placki okrągłe. Pokroiła na ćwiartki i dała muzykantom po parę kawałków. (...) Ja kiedy podrosłam, to chodziłam na wesela z ojcem. I bardzom hulała. Bardzo! (...) Jak byliśmy mali, to mama najczęściej gotowała na obiad wodziankę. Ojciec ususzył śliwek, ususzył jabłek i taka wodę mama gotowała do ziemniaków, do jałowych oczywiście. (...) Chahipina nasza była dosyć piękna. Z kamieni była wystawiona. Dosyt zgrabna: pokój, kuchnia, stolarnia, sień. Stajnia w sieni, wychodek na ganku. Zamykało się taka. zawiasa, taktem drewnem się zamykało. A róże przed oknami!... Całe okno było zawalone róża. Jak miałam cztery lata, rodziło się któreś tam dziecko, bo nas było ośmioro: czterech synów i cztery córki miała moja mama; taka była pienia. I jak jedno dziecko przychodziło na świat, nie wiem które, to tam był hałas w izbie, a ja się darłam razem z mama, bo nie wiedziałam, co jej kto robi, pewnie krzywdę jaka, więc ja się w kuchni okropnie drę, jeszcze głośniej niż mama w izbie. Wtedy ojciec zamknął izbę i mnie porwał, bom się nie ustawała drzeć, porwał mnie do stajni, do chlewka, u świni mnie zamknął. Darłam się tak, com ochrypła, a świnia mnie szarpała po sukni, ale była jeszcze za młoda, więc mnie nie zdążyła zjeść, bo nie dała rady. Ale była złośliwa. No to mnie potem Zadkowa porwała stamtąd od tej świni. To ja się modliłam, jakem umiała, cale życie, żeby ojciec umarł. Jeszczem do szkoły chodziła, tom się modliła, żeby umarł za tę świnię, bo mu nie mogłam podarować tego. (...) Do studni chodziło się w zimie boso, bo któż by ta jakie papucie dał albo buty? Do szkoły się chodziło boso w lecie, a buty się ubierało przed szkoła. Jeszcze mi się wciąż śni, że boso chodzę po polu, com tak była nauczona. A jak do kościoła leciałam, to bułki na ramionach, za sznurówki; przed kościołem się butki ubierało. No to do studni boso. Nogi przymarzały, to się trza było prędko spieszyć. Ciagło się wodę ze studni, trzeba było klęknąć na lodzie i patrzeć, żeby się nie wpadło tam. Z takiego dołka się brało wodę. Przyleciało się do domu i trzeba było nogi pocierać, bo tak stwardły z zimna. A teraz tobym mogła trzy pan/ nowych butów na nogi ubrać, jakbym szła do studni. I dwa kapelusze bym mogła na głowę dać! A wtedy nie miałam nawet chusteczki. W zimie do szkoły jechało się na torbie. Szło się do takiego drzewa i stamtąd z góry na dół się zjeżdżało, to było bardzo spadzisto, więc się zejść nie dało, tylko zjechać na torbie. Jak miałam dwanaście lat, to już chodziłam do Makowa, do haftu. Skończyłam piąty klasę, to mnie wypisali, bo nie było czasu. Bo trzeba było zarabiać. Wtedy wolno było wypisać z piątej klasy. Do Makowa, do haftu szło się na dziewiąta, więc trzeba było o siódmej wyjść, wziąć czarnej kawy do flaszki, oczywiście zbożowej, dziesięć centów do ręki na dwie bułki. To było na cały dzień. Czasem która dziewczynka wzięła mnie na noc do siebie, jak był deszcz czy zawierucfia, no tom tam cos zjadła. Z litości mnie brały. A jak spałam czasem u siostry, to nie

 

mieli mnie gdzie położyć i spałam w paczce, co węgle były. A paczka była duża, to ja się zmieściłam, bo byłam mała. I spałam w tym, w czym chodziłam. Dałam sobie płaszczyk pod głowę i węgle były wyżej. To zaś nauczycielka, jak jej podłogę wymyłam, z wielka radością, że to u nauczycielki myje, co nas uczy haftu, to tam kromkę chleba dała. Z masłem! (...) Siedem kilometrów codziennie szło się. Do Makowa to się idzie ze Suchej na pagórek, na dół, na pagórek, na dół... Dwa pagórki do Makowa są. Jak wyszłam pod pagórek, to się umęczyłam... Chłop, nazywał się "dróżnik', jeździł z takimi taczkami; zbierał kamienie przy drodze na te taczki i gdzieś je wywoził. To on widzi, mała dziewczynka idzie... Byłam mała, bom i teraz nieduża... To mu było mnie żal, bo mnie chłopaki, co krowy pasły, biły kamieniami i ścigały. To mnie wziął na te taczki czasem: - Siadnijze, dziwce. Podwiozę cię kawałek. - Podwoził mnie czasem na tych kamieniach. Wiec znowu się oglądałam, czy jaki wóz nie jedzie... Jedzie wóz z chłopem... Jak był chłop dobry, to mnie wziął pod pagórek, a jak był niedobry, to mnie nie wziął. Ale jak wjeżdżał na pagórek pomału, to ja się zawiesiłam na dyszlu. A chłop czuje, że mu ciężko, oglądnął się: - Slezies z tego wozu z tela!? - I tak mnie biczem chciał dochodzie, ale ja się schyliłam i tym biczem nie dał rady mnie dosięgnąć. A czasem mu się udało, to mnie po grzbiecie wyłoił. Miał prawo. To był opis dzieciństwa mojej matki. Co do mnie, było tak: urodziłam się 27 marca 1926 roku w Suchej Beskidzkiej, w parterowym domku, naprzeciw stacji kolejowej. Domek należał do pani Wądrowej, która miała męża Romana i syna Antka. Nasza mama wynajmowała pół tego domku. Domek otoczony był sadem. Niewielkim, ale kilka owocowych drzewek tam rosło. Okna domku znajdowały się nisko nad ziemią, wysypaną żwirem; to jest o tyle ważne, że dotyczy mnie - mama sadzała małą Luchę - kluchę na parapecie okna, przy okazji doglądając garnków na piecu. W pewnej chwili odwróciła się, a mnie już na parapecie nie było. Skulałam się na żwirową ścieżkę pod oknem. Chyba mnie nic nie bolało, bo me podniosłam wrzasków. Myślę, że od małego dziecka nie lubiłam płakać. Do dzisiaj mi to zostało. Czasem mnie coś ściska za gardło, ale niemal nigdy nie płaczę. Jeśli chodzi o ważniejsze wydarzenia z tego okresu (znam je oczywiście wyłącznie z opowiadań mamy), to zalicza się do nich moje lądowanie pod kołyską. W tamtym czasie dzieci kładło się do kołyski, można było wtedy swobodnie krzątać się po domu i tylko od czasu do czasu nacisnąć nogą na drewnianą płozę, aby dziecko zakolebać. Pewnego razu mama wyszła na chwilę do sklepu, zostawiając mnie pod opieką starszego rodzeństwa; Lidusi i Lubcia, a oni tak mnie zawzięcie kolebali, że wywalili mnie wraz z kołyską i wystraszeni uciekli. Oni też byli mali i nie wiedzieli, co zrobić z bachorem przywalonym kołyską. Gdyby nasza mama w porę nie nadeszła, nie musiałabym teraz męczyć się nad spisywaniem faktów @biograficznych, bo już dawno by mnie nie było. Nie jestem pewna, czy fakt, że jestem, należy uważać za szczęśliwy. Mama była zdania, że to wielkie szczęście. Muszę trochę czasu poświęcić okresowi w domku pani Wądrowej; tam się zaczął kształtować przyszły charakter wszystkich dzieci. Lidusia była prześliczna, z jasnymi loczkami i zielonymi oczami. Podobno była najpiękniejszym dzieckiem w całej Suchej Beskidzkiej. Lubuś już wówczas miał drański charakter. Otóż za Boga żywego nie chciał zasnąć, dopóki nie dostał do possania fajki pana Romana Wądry! Pan Wądra nigdy nie wyjmował fajki z ust, jedynie na ten moment, gdy trzeba było uśpić Lubusia. Lubuś darł się tak długo, aż dostał fajkę. Był więc najmłodszym palaczem na świecie, chociaż nikt tego nie odnotował w księdze Guinnessa. Lubuś rzucił palenie w jakimś czwartym roku życia. Potem, już jako dorosły człowiek, nie palił. Lidusia była przez całe życie nałogowo piękna. Nie rzuciła tego do dzisiaj. Ja zawsze byłam gruba i tak mi już zostało, bo nie warto wspominać o kilkunastu latach młodości, kiedy byłam szczupła. Zresztą sama w to nie wierzę. Wracając do pomidorów, dodam jeszcze, że gdy kiedyś szłam z Lidusia na spacer ulicą Suchej Beskidzkiej (wówczas była w Suchej tylko jedna prawdziwa ulica), najechał na mnie pan rowerzysta i przejechał mnie rowerem równo przez brzuch. Poprosił, aby Lidusia nie wspominała o tym w domu, i dał jej za to jakąś kwotę na cukierki. Pamiętam ten sklep, w którym Lidusia kupiła mi

 

cukierki. Sobie też. Był to sklep Krumcholtza. Przepięknie tam pachniało smołowaną podłogą i cukierkami. Cukierki trzymano w słojach, ale ja jakoś do dzisiaj pamiętam ich zapach. A może to tylko moja wyobraźnia? Lidusia dochowała tajemnicy i nasza mama nie dowiedziała się o przejechanym brzuchu, a gdyby nawet wiedziała, to i tak nic by z tego nie wynikało. Wówczas nikt nie biegał do doktorów z byle powodu. Przeziębienie leczyło się sokiem malinowym, grzanym piwem z koglem-moglem, co było najprzyjemniejsze, i przykładaniem zgniecionego czosnku na klatkę piersiową, co było mniej przyjemne. A na wszystkie choroby istniała metoda zapobiegawcza. Zimą cała nasza trójka musiała pić obrzydliwy tran. Zatykało się nos, łykało łyżkę tranu i natychmiast dostawaliśmy zakąskę - kawałek mocno osolonego chleba. Potem, wiosną, latem i jesienią czekało nas przymusowe picie koziego mleka. Nawet już w Krakowie. Na kozie mleko mama wysyłała nas razem, abyśmy mieli oko na siebie. Nikt nie mógł wylać choćby odrobiny z kubka, bo go reszta oczu pilnowała. Pewna kobieta miała kozę na ulicy Gęsiej. Gęsia była w pobliżu Grzegórzeckiej i w jeszcze większym pobliżu Pól Katarzyńskich, gdzie obficie rosły trawy i kto chciał, mógł kozy wypasać. Przez środek pół wiodła szeroka, żwirem wysypana droga. Ta droga była miejscem rajdów rowerowych wszystkich dzieci, które miały rowery. Tam właśnie zakwitł szalony romans, opisany w "Miłości trzynastolatki". Kochałam się w Karolu Pauknerze, synu dyrektora fabryki Semperit. Z miłości, jako drugie imię na bierzmowaniu, dałam sobie imię Karolina. Pierwsze to, na rozkaz mamy, Teresa. Jestem więc w całości Lucyna Maria Teresa Karolina. Po szaleńczej miłości zostało mi tylko zdjęcie, które sobie kazałam zrobić przed Semperitem, oraz imię wpisane w dokument z bierzmowania. Z Karolkiem musiałam zerwać, gdy wybuchła wojna. Był Niemcem. Polityka może zniszczyć nawet największą miłość. Gdyby nie mój brat, miałabym jeszcze pamiętnik, który wówczas namiętnie pisałam. Brat wykradał mi ten pamiętnik, czytał go głośno, nabijając się ze mnie. Próbowałam go zabić, ale on był silniejszy. Wobec tego spaliłam pamiętnik i nigdy już do spisywania swoich uczuć i myśli

10 nie wróciłam. Chociaż niezupełnie. Przecież są one obecne we wszystkim, co piszę. Wróćmy jednak do wczesnego dzieciństwa i do chorób... Trzeba było ważnej przyczyny, aby się udać z dzieckiem do doktora. Doczekał się tego Lubuś, gdy sobie wsadził fasolę do nosa i w żaden sposób nie udało się mamie wyciągnąć mu tej fasoli, bo tkwiła za głęboko. Gdyby tam została, mogłaby puścić kiełki, a może zakwitnąć. Z Lubusiem zawsze były kłopoty. Któregoś roku, gdy obierało się kapinosy na wino, dźgnął nożem kolegę za to, że tamten szybciej od niego obierał. Co to jest kapinos? Otóż są to owoce dzikiej róży. Robi się z tego pyszne wino, tylko trzeba najpierw obciąć nożykiem ogonek i czubek owocu. To właśnie stwarzało okazję do dźgnięcia kolegi. Lubuś już taki był - wojowniczy indywidualista. Z trudem dawał się ujarzmić. Lidusia była bardzo grzeczna, a ja - nijaka, przynajmniej taką siebie pamiętam. Zawsze się czegoś bałam, a najbardziej cholernego lasu. Babka z dziadkiem mieszkali dosyć wysoko, na "Podksiężu", i trzeba było przejść przez cholerny las, aby tam dojść. Nazwa lasu pochodziła od cholery, na którą kiedyś ludzie masowo umierali i tam ich chowano. Nie znałam wówczas pojęcia śmierci, a jednak strasznie się bałam tego lasu. Nasza mama i nasz ojciec nigdy nam nie żałowali opowieści ziejących grozą. Całe moje dzieciństwo było naszpikowane takimi historiami. Ojciec nam opowiadał o kościele w Hucisku, skąd pochodził. Są tam drzwi wiszące na jednym zawiasie, bo kiedyś diabeł wyrwał te drzwi i poleciał na nich do Rzymu. Wrócił co prawda przed północą, ale nie zdążył już zawiesić drzwi na drugim zawiasie, bo akurat kogut zapiał i diabelska moc się skończyła. Być może, te drzwi jeszcze dzisiaj wiszą na jednym zawiasie. Nie wiem tylko, czy ktoś w tę opowieść dzisiaj wierzy. Mój ojciec wierzył święcie. Ja oczywiście także. Wierzyłam też w opowieść o Wajdziku nieboszczyku. Wajdzik był pijakiem. Mieszkał w Kurowie, w tej samej wiosce, w której nasz ojciec się urodził. Wajdzik co noc wracał do domu pijany i co noc diabeł czaił się za płotem i szeptał do Wajdzika; - Jasiu! Wystaw łapkę! - Wajdzik jednak nie był głupi i nie dał się nabrać na słodkie słówka diabła.

11

 

A jednak diabeł go dopadł, bo gdy Wajdzik umierał, to krzyczał, że diabły siedzą w koszyku po ziemniakach i za świętymi obrazkami na ścianie. Wszyscy ludzie ze wsi wierzyli, że diabły tam są, skoro Wajdzik je widzi na własne umierające oczy. Toteż gdy Wajdzik umarł, nie pochowali go, skoro miał konszachty z diabłami, tylko wsadzili w wielki kosz i wrzucili z tym koszem do wyrębu, czyli do głębokiej przepaści. Bardzo mi żal, że obecnie wiem, iż to, co się przytrafiło Waj dzikowi, było zwyczajnym delirium. Wolałabym wierzyć w diabły. Przepiękne były tamte czasy! Nasza mama wierzyła w uroki i boginki, które zamieniały dzieci. Podobno, gdy Lidusia się urodziła, przyszła boginka i koniecznie chciała Lidusię zamienić. Mama wrzeszczała i nie pozwoliła na żadną wymianę. Całe życie w to wierzyła, bo przecież na własne oczy widziała tę boginkę. A co do uroku, to czasem ktoś mamie "zadawał uroku", bo była prześliczna, i wtedy zaczynała ją okropnie boleć głowa. Trzeba było wzywać kobietę do "odczynania". Przytoczę tu fragment z powieści "Nasza zmierzchowa mama". Rozdział pod tytułem: "Urok dany przez naczelnika stacji". Na festyn żem poszła z wami. Naczelnik stacji siedzi za stołem, z panami i z kasjerem też. Ja idę, a Legut też idzie. Razem maszerujemy i dzieci gromada. Naczelnik ino patrzy, że ja idę z Legutem, no to przecież do niego nie poleci, do dzieci też nie, to tylko na mnie głowicka kiwnął i pokazał, że niesie flaszki: wino. A kasjer torty. Na talerzyku. I wala ku mnie, podeszłam wiec bliżej, bo przecież nie będzie Legutowi dawał naczelnik. Bo on mnie dał do zrozumienia, że mam podejść. To tego winka się napiłam i naczelnik bierze tort... Sam wziął od kasjera i trzyma na talerzyku, żebym jadła tego torta, nawet przy tylu narodach, na festynie!... Tyle miłości miał do mnie. To ja tego torta wzięłam i winka, podziękowałam i odeszłam, bo trza było iść ku dzieciom i ku chłopu. I cholery dały uroku ciężkiego! Urzekli mnie! Do tego stopnia, żem chciała umrzeć... Zabrałam to wszystko, gromadę, do domu, bo mnie strasznie wzięły nudy i boleści. I umrzeć! I umrzeć!... Robiła mi urok pani Zajaczkowska, taka, co była akuszerka. Ona zażegnywała uroki i wszystko. To moja gospodyni widzi, że ja ledwo

12

 

przyszłam, łap! Po Zajaczkowska! Bo zaraz było blisko, koło Porzyckiego. Zajaczkowska przyszła i mówi: - Straszny urok! Urok jak koń! - Wzięła trzy węgielki... zapaliła drewna kawałek, bo musiał być węgiel z drzewa. Połamała te węgielki i do wody, do szklanki. Kiedy węgielki idą na spód, to urok jak koń, a jak na wierzchu zostaną, to nie ma uroku... W tej chwili poszły na spód węgielki! Potem się bierze koszule, nadołkiem, i te wodę się przecedzi przez koszulę. Przecedziła przez koszulę węgielki, woda poszła czysta, a węgielki wytrzepała. Teraz ma się trzy razy napić tej wody. I po skroniach namoczyła, i po czole, i przeżegnała wszystko. Ale jeszcze zanim przyszła, to tak się bałam, że umrę, bo strasznie mnie głowa bolała, do zwariowania! Myślę: nie dam się śmierci wziąć. Uciekłam. l^edwom się dowlokła do drzwi i uciekłam w pole. Wlekę się na czworakach, a tu akuszerka idzie! Jak zrobiła wszystko, zażegnała, z miejsca przeszło! Zdrowiusieńka jestem! Teraz nie wierzą w uroki, a to przecież jest prawda, bom sama doświadczyła. Przecież nie z tego wina stało się to wszystko, tylko zwyczajnie, z uroku... Wyrosłam na tych i podobnych opowiadaniach i może dlatego moja fantazja od czasu do czasu wariuje. Muszę się pochwalić, że książka "Nasza zmierzchowa mama" zajęła pierwsze miejsce w plebiscycie czytelników w roku 1980. Wracając "do pomidorów"... Podobno na chrzcie dano mi imię Łukasz, bo się ksiądz zagadał przy wypisywaniu metryki. Nie jestem w stanie sprawdzić faktów, a wówczas jeszcze nie byłam zbyt dociekliwa. Potem miałam jeszcze kilka imion, w zależności od tego, jak który ksiądz tłumaczył moje imię zapisane w metryce po łacinie. Tam stoi jak wół: santa Lucia. Ksiądz w Prokocimiu, gdzie rozpoczęłam "studia" w pierwszej klasie szkoły podstawowej, uznał, że po polsku to brzmi Łucja (mama nie ośmieliła się sprzeciwiać). W drugiej klasie, już w Krakowie, inny ksiądz uznał, że jestem Łucja, a w następnej szkole, imienia św. Scholastyki, bardzo nowoczesny ksiądz zdecydował, że moje imię to Lucyna, co mamie najbardziej się spodobało, zwłaszcza po filmie ze Smosarską: "Czy Lucyna to dziewczyna". Ja nie wojowałam o moje imię, ale obecnie go nie

13

 

znoszę. Wolałabym Łucję albo Łucję. Z ostatnich "donosów" z Urzędu Gminnego w Suchej Beskidzkiej wynika, że moje imię to Łucja, i jeśli chcę być Lucyną, muszę sprawę przeprowadzić przez sąd. Mogą być kłopoty po mojej śmierci, i to tylko z powodu imienia. Igor (cholerny spadkobierca) miał wszystko załatwić, ale jak zwykle na nic nie ma czasu, a mnie się nie chce samej biegać po sądach. Jestem więc chwilowo Lucyną. Jako taka przenoszę się znowu w dawne dzieje, bo to przecież biografia... W Suchej Beskidzkiej domek pani Wądrowej już nie istnieje. Podobno wybudowano tam jakiś "drapacz chmur", w każdym razie, jak na Suchą Beskidzką, ma to być coś dużego. Stacja jest w tym samym miejscu. Na stacji był zawiadowcą pan Szczepkow-ski, ojciec Andrzeja Szczepkowskiego, znanego aktora. Starszy pan Szczepkowski podkochiwał się w naszej mamie i, jak mówiła, biegał za nią przez żyto, ale jej nigdy nie dogonił, gdyż miał brzuszek i ciężko mu się pod górę biegało. Gdyby nie to, być może Andrzej Szczepkowski byłby moim bratem. Okazuje się, że Sucha Beskidzka miała wielu znaczących ludzi. Jerzy Goliński także się obił o Suchą. A co najważniejsze, znany polityk Siwieć! Na "Pod-księże" można było iść albo przez las cholerny, albo obok domu Siwców. W połowie drogi, między stawami, które rozciągały się na dole, a "Podksiężem" stał murowany dom Siwców. Do domu dziadków trzeba było wdrapać się na samą górę, potem jeszcze przejść przez "Księży Potok", jeszcze kawałek ścieżką, a potem już stał ten dom, mały, ukryty w dzikich różach, z piwnicą w ziemi, a na kopczyku piwnicy kwitły dzikie storczyki i niedaleko rosły grzyby kurki. Całe morze kurek! Ludmiła to pamięta. Ja nie. Boże! Gdybym dzisiaj mogła się dorwać do tych grzybów!!! Wówczas jeszcze nie byłam oszalałą grzybiarką. Zaczynam się gubić. Znowu muszę zrobić krok wstecz... Nasza babka miała dużo dzieci. Sporo ich zmarło. Najdłużej zachowała się pamięć o zmarłej ciotce Józi, może dlatego że do dzisiaj mam jej zdjęcie w trumnie. Ciotka Józia leży sobie i nic jej już nie obchodzi, że musiała umrzeć, bo dziadkowie nie chcieli jej dać w posagu

14 maszyny do szycia, a kawaler, w tym akurat wypadku brat mego ojca, nie chciał się żenić bez posagu. No więc ciotka Józia postanowiła się zabić. Z braku lepszego sposobu wymyśliła sobie sanki... że siądzie na sanki, popędzi z góry i rozbije się o jakieś drzewo. Wszystko wyszło planowo, tyle że się nie zabiła, ale złamała sobie kręgosłup. Dziadek, który nie chciał dać jej w posagu maszyny do szycia, tym razem przestał być oszczędny; sprzedał krowę, aby móc zawieźć Józię do Krakowa, do szpitala. Do dzisiaj różnie ze szpitalami i doktorami bywa... Chyba zrobili Józi za ciasny gipsowy gorset, bo nie mogła w nim wytrzymać i strasznie z bólu krzyczała. Tego znowu dziadek nie mógł wytrzymać, więc stolarską piłą przeciął gips cioci Józi i już spokojnie mogła sobie przez kilka lat umierać. Umierając, stawała się coraz mniejsza i, jak nasza mama mówiła, gdy umarła, to była taka malutka jak boche-neczek chleba, a trumienkę miała tak małą, jak żelazeczko... To wydarzenie także opisałam w książce o naszej mamie; nigdy nie przestało mnie wzruszać. I bardzo znielubiłam dziadka. Mama go także nie lubiła. Wróćmy jednak do mojego życia... Ja, ciągle jeszcze mała Lucia (trudno uwierzyć, że kiedyś byłam mała), znalazłam się w Prokocimiu pod Krakowem. Mama zawsze chciała wiedzieć, "co jest za tą wielką górą", czyli za Suchą Beskidzką. Naszej mamie imponował Kraków. Ojciec się stanowczo sprzeciwiał, bo nie przywykł do mieszkania w mieście, ale mama postawiła na swoim. Zawsze ją ciągnęło do "wielkiego świata". Nieraz się zastanawiałam, dlaczego nikt z rodziny naszej mamy nie miał w sobie nic wiejskiego. Babka i dziadek też różnili się od reszty wiejskich ludzi. Może dlatego, że dziadek nie tylko był stolarzem, ale także artystą. Uważałam go za drania. Źle traktował babkę i więcej zajmował się graniem niż zarabianiem na życie stolarką. Wszystkie dzieci dziadków, które dożyły dojrzałego wieku, miały jakieś uzdolnienia artystyczne, oprócz ciotki Heli, której nie cierpiałam, bo była bardzo niedobra dla naszej mamy. Ciotka Hela zgrywała damę, ale została tylko krawcową. Nie wykształciła swoich dzieci i wściekała się, że mama dba o nasze wykształcenie. Gdy dziadek umierał, rozdzielił między dzieci wszystkie dobra doczesne,

15

 

jakie jeszcze posiadał. Nasza mama dostała w spadku tylko własną matkę, czyli naszą babkę. Babka już wówczas była nienormalna. W Prokocimiu mama wynajęła część willi św. Teresy i tam zamieszkaliśmy z babką. Na parter wprowadził się Siajuś ślicznotka, który kochał się w mamie. Naprawdę nazywał się Franciszek Bożek. Mama każdemu dawała wymyślone przez siebie imiona i tak samo było z Siajusiem. Dlatego to imię jest mi bliższe niż jakiś Franciszek. Siajuś nosił ze sobą rewolwer. Nie wiem, czy miał pozwolenie na broń. Tym rewolwerem ciągle groził, mówił, że albo zabije mamę, albo licznych fatygantów, którzy się ciągle kręcili przy naszym domu. Nasza matka była kokietką. Chyba tak musiało być, bo zbyt wiele różnych męskich postaci pamiętam i zbyt wiele awantur Siajusia. Gdy mama wracała z ojcem z balu, Siajuś już leżał na schodach i wymachiwał rewolwerem - podobno mama za często tańczyła z nauczycielem muzyki, panem Chrapkiem... Chrapek chyba był piękny, bo do dzisiaj pamiętam, że się także w nim kochałam. W Siajusiu nie. Siajusia tylko uwielbiałam, bo był bardzo dobry dla nas. Był stolarzem, tak jak nasz dziadek, może dlatego mama go nie chciała. Ojciec natomiast bardzo go lubił i doradzał mamie, aby wyszła za Siajusia, gdyby ojciec umarł. Żyło się w Frokocimiu w ciągłym napięciu; Siajuś biegający z rewolwerem, amanci wokół mamy i babka przywiązana łańcuchem do sznurka przeciągniętego przez ogród. Babka stale uciekała i mama musiała wynajmować taksówkę, .jeździć i szukać jej. Nie mam pojęcia, co babkę tak nosiło po świecie. Może chciała odnaleźć dziadka, jak za dawnych lat, gdy dziadek całymi dniami balował z kapelą na weselach i nie wracał. W Prokocimiu miały miejsce dwa tragiczne wydarzenia. Jedno, gdy Lubciu stanął na spróchniałym płocie i załamała się pod nim deska, a on nabił się szyją na sztachetę. Dobrze, że mama miała zwyczaj co chwilę wyglądać oknem i sprawdzać, co robią dzieci. Tak doszło do drugiego kontaktu Lubcia z lekarzem. Mama zawiozła go do Krakowa do szpitala, gdzie mu zgrabnie zeszyli szyję, ale ślad na całe życie pozostał. Drugie wydarzenie było jakby wzięte z bajki o królewnie Śnieżce, której zła macocha podrzuciła zatrute jabłko... Otóż nasza Lidusia pozwoliła pewnej (niemal) czarownicy

16 poczęstować się jabłkiem, nie wiedząc, że czarownica właśnie jest zatruta tyfusem brzusznym. Lidusia zachorowała. Prokocimski doktor leczył ją na zapalenie płuc przez całe dwa tygodnie, aż zaczęła dogorywać. Wówczas mama zawiozła ją do szpitala do Krakowa. Z Lidusia długo było bardzo źle, a nasza mama szalała i wrzeszczała, że wolałaby, abyśmy my z Lubciem umarli, byle nie Lidusia. Jeszcze dzisiaj czuję, jak mi było nieprzyjemnie, że żyję zamiast Lidusi. Jakimś cudem Lidusia ozdrowiała i mama przestała marzyć o śmierci mojej i Lubcia. Te jej marzenia nie były prawdziwe, pochodziły z jej histerycznego charakteru, o czym dzisiaj wiem i o czym niejednokrotnie mogliśmy się wszyscy przekonać, gdy już potrafiliśmy myśleć i wysnuwać wnioski. Kiedy Lidusia chorowała, na intencje jej wyzdrowienia odprawiano msze święte w Częstochowie i w Wilnie przed ołtarzem Matki Boskiej Ostrobramskiej. Po wyzdrowieniu Lidusi nasza mama zabrała nas troje i pojechaliśmy najpierw do Częstochowy, a potem do Wilna, podziękować Matce Boskiej za uzdrowienie Lidusi. Było za co. Podczas choroby Lidusia kilka razy przebywała bliżej tamtego świata niż tego, na którym żyliśmy. Wszystkie te wydarzenia wywarły duży wpływ na moje życie. I przydały mi się, gdy zaczęłam pisać. Już w Krakowie nazywałam nasz dom "domem na wulkanie". Cała kamienica, w której mieszkaliśmy na Grzegórzeckiej, była niczym wulkan. Takich postaci, jak tam, nigdy potem nie spotkałam. W kilku książkach piszę o nich. Prócz ludzi ciekawa była restauracja "Żabi Kruk", na parterze domu, i prosektorium naprzeciw domu. Restauracja była obskurną knajpą, z czarną smołowaną podłogą. W malutkim pokoiku od strony bramy wejściowej znajdował się bufet, przy którym, stojąc, kiwali się pijacy. Dalej drzwi do drugiego pokoju, gdzie na podwyższeniu stał stary stół bilardowy. Druga atrakcja to prosektorium. Stamtąd często wyruszał korowód żałobników, karawan wiózł trumnę, konie w żałobnych strojach, szlochająca rodzina... Było na co patrzeć. W Prokocimiu kochałam się w nauczycielu Chrapku, o czym już wspominałam. Moja następna miłość to Franio od rzeżnika Rewilaka. W szaleństwie miłości podarowałam mu znaleziony na ulicy odpus-

17

 

towy pierścionek, a on dał mi za to święty obrazek, który dostał na Boże Narodzenie od księdza odwiedzającego domy z kolędą. Kolejna miłość to także Franio. Byłam już wtedy nieomal dorosła; miałam siedem lat. Działo się to w miejscowości Landek, koło Chybia, w czasie wakacji. W letnie poranki Franio wypędzał krowy na łąki... Szalona miłość, z rojeniami o ślubie i białej sukni z welonem. Zwłaszcza welon odgrywał tu najważniejszą rolę. Nie spełniły mi się w życiu marzenia o ślubie w welonie i tylko jeden jedyny raz wystąpiłam w welonie na scenie - w "Świerszczu za kominem" Dickensa. Nasza mama aż popłakała się ze wzruszenia; zawsze marzyła, aby zobaczyć mnie w welonie. Nie wiem, czy czytelnik połapie się w moich "zeznaniach", bo przeskakuję z tematu na temat i mieszam czasy. Już byłam w "Świerszczu za kominem", gdy tymczasem do tego momentu minął ogrom czasu. W Prokocimiu mama przyjaźniła się z panią Blondekową, która przepięknie grała na bałabajce. Nauczyła też naszą mamę grać na tym instrumencie. Mama była muzykalna, pewnie po dziadku, który nawet zaczął ją uczyć gry na skrzypcach, ale zaniechał tego z braku cierpliwości i czasu. W końcu co chwilę były jakieś wesela, na których trzeba było grać. A jednak po dziadku wszyscy bracia mamy grali na różnych instrumentach; wujek Stefan na cytrze i gitarze, wujek Edek na trąbie, a wujek Staszek na kilku instrumentach. Ciotka Hela grała tylko mnie na nerwach, ale do tego nie trzeba mieć dziadka muzykanta. Dygresje mnie wykończą. Nigdy nie dojdę do sedna sprawy, jeśli ciągle będę zaczynała "od pomidorów". Jeszcze mnie kusi, żeby wspomnieć o tym, jaki rodzaj zabaw w dzieciństwie lubiłam najbardziej... Otóż najbardziej interesowałam się żywymi stworzonkami. Byłam zaprzyjaźniona z polną myszką, którą znalazłam gdzieś w ogrodzie i nosiłam pod bluzką, aby jej było ciepło. Ponieważ moim najmilszym miejscem zabaw była pracownia stolarska Siajusia ślicznotki, tam moją myszkę postawiłam na desce i przyglądałam się, jak myje śliczne, różowe łapki. Siajuś jednak nie odczuwał miłości do myszek i widząc mysz na desce, rąbnął w nią drugą deską.

18 Siajuś troskliwie, ale surowo wychowywał dzieci; swoich nie miał, ale byliśmy my, dzieci ukochanej damy jego serca. Gdy podczas zabawy w ciemnym maglu rąbnęłam się w nogę i mocno kulałam, Siajuś tak długo mnie od kulenia odzwyczajał, aż mnie odzwyczaił. Metoda była prosta - niezbyt bolesne przykładanie deską w pupę kulejącego bachora. Bardzo pomogło. Teraz przeskoczmy już do Krakowa i do mojej edukacji. Drugą klasę ukończyłam w szkole podstawowej na ulicy Pędzichów. Mieszkaliśmy wówczas przy ulicy Strzeleckiej, niezbyt daleko od szkoły, ale w pierwszym dniu nauki udało mi się zgubić i nie trafić ze szkoły do domu. Dowód oczywisty, że byłam nierozgarniętym dzieckiem. Pamiętam, że ryczałam, nie wiedząc, gdzie jestem, a okazało się, że jestem właśnie na naszej ulicy. Nie rozpoznałam jej, mimo że prowadząc mnie rano do szkoły, mama kazała mi zapamiętać, którędy mam wracać. Czasami jeszcze teraz śni mi się ta zagubiona ulica i moja rozpacz. Nigdy w snach nie mogę odnaleźć numeru 13, pod którym mieszkaliśmy. Tam pod tym trzynastym był dozorca, który miał córkę w moim wieku. Oczywiście zostałyśmy przyjaciółkami. Aby się jej podlizać, pożyczyłam jej ogromną Biblię, którą mama miała po swoim ojcu, a on po swoim. Były w niej przepiękne obrazki i wszystko pisane było dziwnym, ozdobnym pismem. Moja przyjaciółka nie oddała mi Biblii. Powiedziała, że ją zgubiła. Pewnie nikt wówczas nie domyślał się, jak cenną rzecz zaprzepaściłam. Nie była to zresztą jedyna cenna rzecz, której przez głupotę się pozbyłam... W czasie okupacji sprzedałam, za sześć jajek, zegarek po naszej babce, taki na łańcuszku. Kupił go mój kuzyn, a syn ciotki Heli. Nazywaliśmy go Jankiel. Pojęcia nie mam dlaczego. Wszyscy synowie ciotki Heli mieli, przez siebie wymyślone, przezwiska: Siubas, Bydlak albo Cielęce Jajo, Menda i Jankiel. Jankiel był najciekawszą postacią; przyłączył się do taboru cygańskiego i ożenił się z Cyganką. Potem się drugi raz ożenił, już nie z Cyganką, i miał dwoje dzieci. Nagle zniknął. Chociaż nigdy przedtem nie był kolejarzem, przyszedł któregoś dnia w mundurze kolejarza i powiedział, że został maszynistą. Wyjechał do Niemiec, wraz z maszyną, i więcej nikt o nim nie słyszał. Ciotka Hela nigdy już o nim nie wspominała, bo był zakałą

19

 

rodziny. Ja go najbardziej lubiłam, uważałam, że jest niezwykły. Ciągle lubię ludzi innych od reszty. Lubię szaleńców. Z ulicy Strzeleckiej przenieśliśmy się na ulicę Grzegórzecką. Tam rozpoczęłam nauki w trzeciej klasie szkoły podstawowej imienia św. Scholastyki. Można powiedzieć, że była to elitarna szkoła, i tylko dla dziewcząt. Od pierwszej klasy, do końca trzeciej nosiło się białe, lniane fartuchy, wiązane w kokardy po bokach. Potem aż do klasy szóstej fartuchy były też białe i lniane, ale bez kokard, z wszytym w talii paskiem. Chodziłyśmy w jednakowych granatowych mundurkach: spódnica w fałdy, bluzka z marynarskim kołnierzem, nawet obszycie kołnierza białymi tasiemkami miało przepisowe, jednakowe odstępy. Do gimnastyki służyły granatowe szarawary i białe, trykotowe koszulki. W lnianym worku nosiło się kapcie. Torba z książkami - na plecach, w żadnym wypadku jakaś teczka w ręce! Panował rygor. W szkole było wściekle czysto. Jeśli oko nauczycieli na nas nie spoczywało, bawiłyśmy się w "wywijanie" na błyszczącej podłodze. Jedna z dziewcząt krzyżowała ręce, druga przykucała i chwytała tamtą za ręce; ta, która stała, wywijała tą kucającą. I tak na zmianę... Można też było zjeżdżać na siedzeniu po równie gładkich, jak podłoga schodach. Często w snach zjeżdżam po tych schodach. Gdy kończyłam trzecią klasę, zmarł nasz Ukochany Dziadek, Marszałek Józef Piłsudski. Cała szkoła zalewała się łzami, bo nauczono nas kochać Dziadka i Ojczyznę. Teraz nie udało mi się nigdy usłyszeć od jakiegoś dziecka, że kocha swój kraj... Może dlatego, że nie ma obecnie urodzaju "dziadków"?... Musi być ktoś najważniejszy, kogo chce się kochać. Jestem wściekle dumna, że ja, trzecioklasistka, miałam zaszczyt przez całą godzinę trzymać wartę na Wawelu przy trumnie Dziadka Piłsudskiego. Cała Polska płakała bobrowymi łzami i cała Polska zjechała do Krakowa na pogrzeb. A potem cała Polska brała udział w sypaniu kopca Piłsudskiego. Ja także. Wszystkie dzieci, z małymi taczkami napełnionymi ziemią, sypały kopiec. Ten kopiec jest więc po trosze i moją własnością, bo jest w nim taczka mojej ziemi. Wujek Stefan przyjechał z Wilna z całą rodziną na tę uroczystość. Był zawodowym wojskowym i piłsudczykiem.

20 Dzisiaj historia różnie mówi o Piłsudskim, ale mnie to nie obchodzi; nauczono mnie w szkole kochać go i nie będę się teraz oduczała. Gdy mieszkaliśmy na Grzegórzeckiej, naszą parafią był kościół św. Mikołaja, ale my woleliśmy chodzić do ojców jezuitów na ulicy Kopernika. U jezuitów było ładniej. I spotykaliśmy tam także inne dzieci z naszej ulicy. Obowiązkowo musieliśmy zaliczyć wszystkie nabożeństwa majowe. Nie powiem, abyśmy na majówkach zachowywali się, jak przystało w kościele. Czasem były jakieś poszturchiwania i chichoty. Któregoś razu ksiądz wyszedł z konfesjonału i kazał grupce dzieci zostać i poczekać na niego, aż się skończy nabożeństwo. Byłam pewna, że nas zwymyśla za chichoty, ale nic takiego się nie stało. Ksiądz powiedział, że nas angażuje do kościelnego teatru i że mamy na drugi dzień przyjść po role. Ludmiła dostała rolę świętej Teresy, a ja - pastuszka! Ona miała dużą, mówioną rolę, a ja ani słowa! Nasz brat nie został zaangażowany, może dlatego, że był zawsze nadąsany. Dopiero z wiekiem mu to przeszło. Ze złości, że nie będzie artystą, nazwał Lidusię świętą Teresą albo Artystką. I już na całe życie została Artystką, bo nawet w żartach nie wypadało nazywać jej świętą Teresą; na to by nasza mama nie pozwoliła. No i do dzisiaj mówię do niej i o niej: Artystka. Bardzo się to przyjęło. Nawet moi przyjaciele, gdy dzwonią do mnie, pytają: - A co słychać u Artystki? Nasza teatralna kariera w kościele Jezuitów kwitła. Ojciec Turbak, który nas angażował, powierzył Artystce drugą wielką rolę! Grała Matkę Boską, a ja, jak zwykle, pastuszka!!! Znowu bez słowa tekstu! Ze złości zrobiłam sobie w domu wspaniałą charakteryzację; namalowałam czarne, zakręcone wąsy i brwi jak piekielne kiełbasy, niemal na całe czoło! W kostiumie pastuszka szłam z domu do kościoła na występ; "A co? Niech się wszyscy napatrzą!" - pomyślałam. "Idę na występy! Nikt nie musi wiedzieć, że mam niemą rolę!" Może bym się kiedyś doczekała mówionej roli, ale ojca Turbaka Niemcy aresztowali i zginął w Oświęcimiu. To był najlepszy ksiądz, jakiego w żydu poznałam. Wszystkim dzieciom pozwalał się wygłupiać na próbach, a potem rozdawał nam cukierki, i to w dużej ilości.

21

 

Nawet udawał, że nie widzi, kiedy podkradaliśmy opłatki świąteczne,' które w piwnicach suszyły się na deskach. Opłatki miały wspaniały smak! A może wówczas wszystko było wspaniałe? l W szkole św. Scholastyki zajmowałam się absolutnie wszystkim,, oprócz nauki. Do mnie należało opiekowanie się roślinami, rybkami' w akwariach i ślimakami. Ja malowałam afisze i wymyślałam do' nich różne stosowne hasła, na przykład: "Kto myje szyję, ten długo żyje". Grałam też w szkolnym teatrze, co oczywiście nie miało porównania z teatrem kościelnym, w którym bywała prawdziwą publiczność. Jednak i w szkolnych przedstawieniach grywałam; wyłącznie męskie role i przeważnie błazeńskie. Ktoś się musiał już wówczas na mnie poznać, że nie można mnie traktować poważnie; Tak jest do dzisiaj. Ciągle żąda się ode mnie błaznowania. Zwłaszcza mój drugi, po Igorze, przyjaciel, Krzyś Szuster. On nawet nagrywa moje wygłupy, a potem raczy tym gości na okolicznościowych bankietach. I nic mi za to nie płaci. Kiedyś błażni królewscy na dworach mieli chociaż darmowe utrzymanie za błazeństwa, a ja jeszcze muszę dokarmiać Szustera gołąbkami po galicyjsku i orze-j chowym tortem. Nie mam ja łatwego życia. Nie będziemy zaczynać "od pomidorów", ale musimy jednak wrócić do czasów, kiedy to dzięki wyróżnieniu, które mnie w szkol spotykało, tak mało się uczyłam, że gdy przyszło do wstępnegi egzaminu do gimnazjum, to po prostu nie zdałam. Moja siostra d dzisiaj nie lubi tego wspominać. Taki wstyd! Żeby nie zdać d gimnazjum, to już trzeba być kompletnym matołem. Nasza mama, chociaż nie miała zwyczaju biegać na wywiadówki gdy sytuacja była podbramkowa, natychmiast nas ratowała. Zapisałc mnie do prywatnego gimnazjum noszącego nazwę: "Instytut Marii" Uczęszczały tam dziewczynki z tak zwanych "dobrych domów" czyli takie, które nie lubiły się uczyć. Były to przeważnie córk oficerów albo bogaczy. Wykładały wyłącznie siostry, które wywodziły się z niemieckiego zakonu, ale były zagorzałymi Polkami. Przyjęły mnie do wstępnego egzaminu i powiedziały, że sobie ze mną poradzą. Tak też było Tylko że zaraz wybuchła wojna. Chwilowo siostrom wolno byłe nauczać, zwłaszcza że sprytnie wymyśliły, że prowadzą szóst

22 | i siódmą klasę, chociaż przerabiałyśmy w całości materiał z pierwszej i drugiej gimnazjalnej. Nawet łacinę. Z obcych języków był tylko niemiecki, który zresztą wszystkim nam się potem przydał. Niestety Niemcy zorientowali się, że siostry szwindlują i wykładają materiał z gimnazjum, a nie z podstawówki, i gimnazjum przestało istnieć. Przełożoną była siostra Gonzaga, wychowawczynią siostra Bernardyna; ona także wykładała niemiecki. Z początku próbowałam i w tej szkole nie uczyć się. Wszystko ściągałam z bryków, aż do czasu gdy siostra Bernardyna zauważyła to. Nie usłyszałam słowa nagany, tylko zapytanie: - Lucyna, i ty mi to robisz?... - Nie powiedziała nic więcej i przeszła do następnej ławki. Nie wiem, jakie metody stosują obecnie pedagodzy, ja się po tym pytaniu zapadłam pod ziemię, a potem nadrobiłam wszystkie zaległości i tak się uczyłam, aż furczało! Polubiłam naukę. Ale nie na długo, bo gimnazjum już przestało istnieć. Potem przez rok chodziłam na kurs przysposobienia biurowego, gdzie nauczyłam się stenografować i słabo pisać na maszynie. Stenografii w ogóle już nie pamiętam. Kurs trwał tylko rok. W domu bieda aż piszczała i trzeba było zacząć pracować. Pracowałyśmy z Artystką w firmie pewnego Austriaka, pana Hausnera. Ludmiła w biurze fabryki parasoli, a ja u tego samego właściciela, ale w warsztatach naprawy męskiej bielizny. Nasz szef był starym przedobrym człowiekiem. Bał się swojej synowej, która była z domu baronówną. Nienawidziła wszystkich wokół. Stary pan Hausner mnie i Ludmile przyniósł swój deser, który mu żona przyrządzała. Oczywiście jego synowa nie mogła o niczym wiedzieć. Był tak lubiany, że gdy jedna z robotnic wychodziła za mąż, zaprosiła go na wesele. Nawet mam zdjęcie z tego wesela, z szefem między nami. Trochę można się było podratować u naszego Austriaka. Ludmiła czasem robiła jakieś szwindle z parasolami, które potem drogo się sprzedawało, ja podkradałam koszule, bo niektóre były niemal nowe. Gdy idzie o przetrwanie, człowiek wpada na najdziwniejsze pomysły. Jednym z takich pomysłów było wynajmowanie części naszego mieszkania na noclegi. Nasz ojciec już nie żył, a brat był w obozie.

23

 

Przez nasz dom przewinęło się wielu ludzi. Przeważnie mieszkali tydzień lub dwa i przenosili się gdzie indziej. Niekiedy wracali, a potem znów się przenosili. Domyślaliśmy się, że są to Żydzi. Dokumenty oczywiście mieli polskie, więc można ich było czasowo meldować, co było wówczas konieczne. Nikt nie miał obowiązku być dociekliwy, jeżeli nie chciał. Zamieszkał u nas pewnego razu młody człowiek, który zaprzyjaźnił się z córką sąsiadki i wziął z nią ślub kościelny. Któregoś poranka, gdy młoda para spędzała jeszcze miodowe chwile w pościeli, zjawił się ksiądz z naszej parafii. Odbyła się długa rozmowa z młodą parą. Ksiądz wyszedł. Młody małżonek wyjaśnił nam, że musi zmienić mieszkanie, i to sam, ponieważ ksiądz, sprawdzając jego ślubne dokumenty, stwierdził, że człowiek o takim nazwisku nigdy nie istniał w podanej w dokumentach miejscowości. Zatem ślub trzeba wykreślić z rejestru... Rozstali się więc małżonkowie. Macocha panny młodej wpadła do naszego mieszkania i zwyzywała mamę, że przechowuje Żydów, i w dodatku stręczy Żyda niewinnej dziewczynie. Młody człowiek znalazł sobie inny pokój, także w Krakowie. Nikt już nie śledził jego losów. Po wojnie okazało się, że przeżył i nawet pragnął ze swoją nielegalną żoną zawrzeć prawdziwe małżeństwo, ale Kryśka, bo tak miała na imię, była lekko stuknięta i wolała sprzedawać lody pod sukiennicami (nie w sklepie, tylko z obwoźnego wózka), niż być przykładną żoną. Młody człowiek był kuśnierzem, a Kryśka została panienką od cielesnych uciech (płatnych). Ponieważ nasza mama zawsze nadawała lokatorom przezwiska, był ktoś, kogo się nazywało Jabłko, był Gąsior, Diabeł, Śledź i Wujek. Myślę, że wszyscy byli Żydami. Wujek był najstarszy, chyba dobijał czterdziestki, i może dlatego został nazwany Wujkiem. To musiał być ktoś bardzo wykształcony i ważny. W tym czasie handlował latarkami. Gdzieś nabywał stare latarki, które się malowało i stawały się jak nowe. Malowanie polecił mnie, za co opłacał moje i Ludmiły lekcje angielskiego u hrabin Grocholskich. Sam również uczęszczał do nich na lekcje. W ramach zapłaty za pracę dostawałam także każdego wieczora bułkę z wędliną. Dzieliłam tę bułkę na trzy: dla mamy, Ludmiły i dla mnie. Wujek nie mógł mi dawać aż trzech bulek; na to go już nie było stać. Przypuszczam, że Wujek się we

24 mnie kochał, ale dla mnie był starcem; miał czterdzieści niewyobrażalnych lat! Pewnego razu Wujek się nagle wyprowadził. Chyba gdzieś wyjechał. Po jakimś czasie znowu się zjawił. Wówczas mieszkał u nas człowiek, którego nazywało się Księdzem. Wujek z Księdzem prowadził tajemnicze rozmowy, a potem znowu zniknął i nigdy go już nie zobaczyliśmy. Ksiądz wpadł w popłoch, bo pożyczył Wujkowi jakąś wielką sumę, ale nie wyjawił jej wysokości. Nie wiemy, co się stało z Wujkiem. Podejrzewaliśmy, że mu się udało zwiać za granicę za te pożyczone pieniądze. Okupacja była tak ponurym okresem, że nie chcę się o tym rozpisywać. Oczywiście nie wszystko, od początku do końca, układało mi się ponuro. Były nawet radosne chwile, na przykład moja miłość do Rysia Strużyńskiego. Gdy go zobaczyłam pierwszy raz, miałam chyba czternaście lat. Mój brat poznał mnie z Rysiem. Ryś był w AK,, chodził ubrany tak jak wszyscy akowcy, w prochowcu, mocno ściśniętym w pasie, w bryczesach i błyszczących oficerkach, w zawadiacko nasadzonym kapeluszu i oczywiście z bronią pod marynarką. Zakochałam się w Rysiu z miejsca, zwłaszcza że był synem ziemian, co prawda wywłaszczonych przez Niemców, ale tym bardziej był pociągający. Ryś był paniskiem całą gębą. Pierwszy raz zostałam zaproszona do prawdziwego ...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin