Feliks Koneczny, Tragizm losów Polski - recenzja.pdf

(92 KB) Pobierz
FELIKS KONECZNY
TRAGIZM LOSÓW POLSKI
Jędrzej Giertych: „Tragizm losów Polski”, tom I. Pelplin 1936, str. X, 343.
AUTOR sam określa swą pracę zaraz na samym wstępie w te słowa: „Książka
niniejsza, mimo że traktuje o historii, nie jest publikacją naukową, jest to książka, należąca
do dziedziny publicystyki politycznej”.
Huczek jaki powstał około tej książki i przeciwko jej autorowi, pochodzi w znacznej
części stąd, żeśmy nieprzyzwyczajeni do publicystyki książkowej; nie wie się, co z tym począć, i
gdzie to ulokować w systematyce piśmiennictwa. Oby się jednak rodzili na kamieniu publicyści,
mogący się zdobyć na książkę. W górę! a trudno nie przyznać miejsca w górze autorowi książki
tak pełnej rozmachu i wzlotu, jak „My nowe pokolenie!” i politycznych studiów: „O program
polityki kresowej”, tudzież „Za północnym kordonem” (Prusy Wschodnie). Można się z autorem
zgadzać lub nie zgadzać, ale sąd o nim nie może zależeć od tego, czy ktoś zgadza się z jego
wnioskami.
Publicysta nie jest uczonym, lecz politycznym działaczem współczesności; należy do
pewnego obozu i wierzy w ten obóz. Nasz autor przewidując zarzut tendencyjności, oświadcza
wyraźnie: „Zarzutu tego nie zamierzam nawet próbować obalać”. Kwestia postawiona jasno;
autor sprawia zresztą stale wrażenie człowieka, który wie czego chce i za co jest
odpowiedzialny, a są to pierwszorzędne przymioty działacza.
W wirach chwili bieżącej publicysta identyfikuje się z pewnym ruchem, i stara się
narobić tam ruchu jeszcze większego. Pewna oś idealna służy mu za wiosło, iżby sam nie
zatonął, lecz na silnych prądach współczesności, żeby utrzymał się w równowadze. Poszukuje
jakiejś osi jednolitej do wszystkiego i na wszystkie stosunki, i w jego myśli wszystko
krystalizuje się około tej osi. Dzięki temu poglądy publicystów bywają dobrze uporządkowane,
przejrzyste i niemal zawsze konsekwentne; ale też dla tej samej przyczyny łatwo w nich o
przesadę, a czasem wyłania się doktrynerstwo.
Nasz autor wytworzył sobie taką oś z przekonania, że nowożytne dzieje Polski zawisły od
tajnych stowarzyszeń, które zaczęły się (jak przypuszcza) już na dworze Bony, a ułożyły się
następnie w masonerii, popieranej przez żydostwo. Związki te nabrały takiej mocy, iż naród
polski nie zdołał im sprostać ni siłą fizyczną, ni inteligencją. One parły do rozbiorów Polski już
od XVII w. (Karol Gustaw), one narzuciły nam prusofilskie złudzenia prawdziwie samobójcze i
w końcu urządziły powstania, po których grzęzło się coraz niżej.
Za historyczny stopień prawdy o masonach odpowiada historyk p. K. M. Morawski, a p. Jędrzej
Giertych za publicystyczny z tego użytek. Zaszedł tu zaś ten szczególny wypadek, że publicysta
uprzedził tu i ówdzie historyka; tak dalece jednakowa jest ich oś myślowa, iż niełatwo nieraz
odróżniać, co właściwie czyje? Książka Giertycha wyszła wcześniej, niż dzieło Morawskiego i
to wyszło jej nie na dobre. Zapewne w drugim wydaniu znajdziemy niejedną poprawkę.
Albowiem chociaż tym razem historyk zaciął się i zapędził, jednakże ileż poodkrywał spraw i
sprawek; jakąż ilością wiadomości nas wzbogaca. Otóż niejeden z tych szczegółów jest już u
Giertycha, a ponieważ jest publicystą politycznym (jak sam się nazwał), więc tym bardziej
wolno mu „zapędzić się”, robiąc ruch.
Ma jednakie nasz autor skłonność niebezpieczną do pewnego sposobu dowodzenia, który
nazwano dowcipnie „gdybylogią” i zapędza się w niej nieraz tak daleko, iż doprawdy ułatwia
zadanie swym przeciwnikom. Sądziłbym, że lepiej zaniechać takiego dodatkowego
argumentowania.
Powiedziałem: argumentowania - ale nie wykluczam bynajmniej „gdybylogii” z
literatury. Odegrała ona rolę w piśmiennictwie francuskim, a polskie posiada istne cacko w tym
rodzaju, mianowicie Wojciecha Dzieduszyckiego: „Gdyby pod Plateami”.
Poza tym zważyć należy i uwzględnić, że publicysta nie jest od tego, żeby ślęczeć po
kilkanaście lat nad badaniami i czekać, czy się wreszcie czegoś dobada; ależ tymczasem
współczesność uciekła by mu. Historyk takich obaw nie odczuwa, ale publicysta
współczesnością się żywi i dla niej żyje. Prawdziwy publicysta, z temperamentem i z powołania
jest jakby w ciągłej gonitwie.
W pośpiechu nazbiera się zawsze trochę błędów rzeczowych. Np. można pomieszać dwa
sejmy, pomieszać zrzeczenie się tytułu cesarza niemieckiego z ustąpieniem z Rzeszy - aleć
takich „lapsusów” pełne są nasze dzienniki, nawet „wielkie”. Prostą też całkiem jest rzeczą, że
publicyście nie wszystko jest wiadome, co by mu było przydatne.
Np. nie wiedział p. Giertych, że wojny kozackie przygotowane były w Stambule przez
porozumienie kalifa z patriarchą, a wykonanie poruczono chanowi krymskiemu; że stopnie
oficerskie kupowało się i sprzedawało nie tylko w Polsce XVIII w. (np. w Anglii); że Leopold I
był „akuratnie” tak samo w opałach żydowskich, jak nasz Jan III; że frankiści wywodzą się od
Sabataja Cwi, swego czasu mesjasza w Turcji, i że Frank był (nie bezpośrednim jednak)
następcą, a na założenie państwa żydowskiego miał upatrzone Polesie; nie wie, że „żargon”
sięga jednak do średniowiecza; że znaczny napływ żydów do Polski dokonał się za króla
Kazimierza wprawdzie, ale nie Wielkiego, lecz Jagiellończyka, a już w XVI wieku Polska miała
przydomek „paradisus
judaeorum”
itd. Zdarzyła się też mylna informacja co do współczesności
jakoby wśród ludu wiejskiego absolutnie nie było krwi żydowskiej (neofickiej).
W doktrynerstwo popadł autor co do masonerii, nie uwzględniając, że bywała ona
rozmaitą, czasem i w niektórych prowincjach jakby sportem raczej, niż spiskiem. Ale ponieważ
Kościuszko zahaczył o taką właśnie masonerię (lecz bądź co bądź masonerię), więc nie zostanie
na nim „suchej nitki”... i nawet autor nie spostrzegł się, że obecna masoneria uwzięła się właśnie
na Kościuszkę, i że w tym wypadku sekunduje wolnomularstwu. Może też mieli coś
masońskiego w sobie Czartoryscy (którzy wysunęli Kościuszkę), ale czyż ich prace były
antypolskie? Pierwotnym ich programem było utworzenie wielkiego państwa słowiańskiego, na
razie Polski z Rosją, i jeżeli potem zdecydowali się na walkę z Rosją, przeszli widocznie
ewolucję nie małą, a dla siebie bolesną. Z masonerią niema to najmniejszego związku, a więc ani
wyniesienie Kościuszki. Autor jednak zapędza się tak dalece, iż uważa za wskazane zwalczać
energicznie mniemanie, jakoby Kościuszkę „pasowano na największą naszą historyczną postać”,
na równego Chrobremu i Sobieskiemu, a nawet większego od nich. Ale to walka z wiatrakami:
bo kto, kiedy i gdzie twierdził coś takiego?
Jak bezprzedmiotowym bywa „zapędzanie się”, okazuje się na dwóch przykładach z
czasów napoleońskich. Biurokracja napoleońska żydów zorganizowała, rabinów uznała
duchowieństwem (dla swej wygody, nawet wbrew istocie kapłaństwa w judaizmie), nadała im
obywatelstwo; ale gdy potem ograniczono im trochę swobodę przesiedlania się, ci do niedawna
niemal pariasi w ciągu kilku lat tak spotężnieli, iż z pomocą masonerii... zrzucili Napoleona?
Ależ żydzi kochali się w „bogu wojny”, bo ciągłe wojny, to nieustanny deszcz złoty dla nich.
Ale ważniejsze jest inne niedopatrzenie: autor mniema, że gdyby nie rozbiory, można byłoby
podczas wojen napoleońskich odzyskać cały Śląsk z Wrocławiem; ależ gdyby nie rozbiory, nie
byłoby wojen napoleońskich.
Wolnomularstwo zaś później dopiero znalazło się pod wpływem, a w końcu i pod
kierunkiem żydostwa. Wtedy dopiero nastąpiło przymierze masonerii (niemal całej) z Prusami,
bo Prusy to militaryzm, to wieczna groźba wojny, a wojen wymagał interes żydostwa. Nie ulega
wprawdzie wątpliwości, że związki tajne życzyły Polsce wszystkiego złego, a nawet, że rozbiory
były propagowane po wielkich lożach, ale to dla tego, ponieważ był to kierunek antykatolicki, a
Polska była państwem katolickim; protestantyzm zaś stanowił rejudaizację myśli europejskiej i
stąd sympatie do żydów, które skończyły się na tym, iż żydzi ten ruch opanowali.
Pomimo wszystkich tych omyłek książka p. Giertycha ma walory nie małe. Zasługą jest,
że zwraca uwagę na podobieństwo czasów naszych do saskich, że w ocenie sejmu czteroletniego
wznawia bystre sądy Kalinki, że określa wyraźnie ujemne wpływy literatury na politykę
(Rousseau i jego rady Polakom dawane), że popularyzuje wiadomości o przysługach,
wyświadczanych przez powstania Francji aż do r. 1831.
A teraz przystąpmy do zasadniczego zagadnienia tej książki: czy wolno ganić powstania
za to, że brak im było jasnej myśli politycznej, że były odruchami a nie wynikiem obliczeń, i za
to, że sprowadzały na Polskę coraz cięższe klęski? To czyni p. Giertych i o to na niego nagonka.
Zapewne, cała doktryna ,,nieprzerwalności powstania” wystawiona tu jest na sztych w sposób
jak najbezwzględniejszy.
Głównym kamieniem obrazy jest sąd autora o roku 1863. Otóż cierpkie nagany tego
czynu nie są wcale nowiną. O berlińskiej genezie powstania styczniowego usłyszałem po raz
pierwszy przed przeszło pół wiekiem od śp. prof. Smolki - a potem ileż razy uczestniczyłem w
roztrząsaniu tego zagadnienia. Przyznać trzeba panu Giertychowi, że zbierał sumiennie materiał
do tej sprawy i dodał nowe przyczynki, a bardzo znamienne i ważne.
Nie uchybia to dzielności, patriotyzmowi, poświęceniu powstańców, bo co innego
żołnierz, a co innego polityczne kierownictwo, któremu ulega i podlega, zazwyczaj nawet go nie
znając. Spory czas, żeby nareszcie odróżnić jedno od drugiego. Kto się do tego przyczynia,
dobrą oddaje przysługę społeczeństwu; a zresztą należy to do elementarnych prawd życia
publicznego.
Grubo zaś pomylili się wszyscy, którzy chcieli książkę tę „zbaraszkować”. Jest to dzieło
poważne; błędy dadzą się poprawić a zalety mogą wzrastać. Odnoszę wrażenie, że nasza
literatura polityczna doznała pewnego wstrząsu, wróżącego urodzaj, że tedy p. Giertych nie
będzie zlekceważony w dziejach tego piśmiennictwa.
Tekst za: „MYŚL NARODOWA”, nr 24 rok 1937 str. 372 - 373
Zgłoś jeśli naruszono regulamin